niedziela, 10 grudnia 2017

Miasto Magii - Rozdział VI „Zmartwienia”

    Dealla była młodą dziewczyną w wieku podobnym do Anelli, rok starszą albo młodszą. Sądząc po jej imieniu i wyglądzie —  miała jasne włosy sięgające podbródka i duże, niebieskie oczy —  pochodziła z północy. Może nawet z Elenei.
    Na powitanie Dealla uśmiechnęła się lekko i pochyliła głowę.
    —  Pomyślności —  powiedziała. Na szczęście, mówiła z północnym akcentem. —  Jestem Dealla, ale pan Ean pewnie już ci to powiedział. —  Zaśmiała się cicho.
    Anella skinęła głową.
    —  Szczęścia. Ja jestem Anella.
    —  No dobrze, to chodźmy. Mam cię zaprowadzić do mieszkania, nie? To gdzie mieszkasz?
    —  Granitowa siedemnaście? —  Miała nadzieję, że niczego nie pomyliła. Przyjrzała się kluczom, ale było na nich żadnego numerka.
    Dealla rozpromieniła się.
    —  Pracuję niedaleko. Wiesz, w piekarni. Będziesz mogła rano do mnie wpadać po jakieś świeże bułeczki.
    Będę musiała sama przygotowywać sobie jedzenie, uświadomiła sobie Anella. Oczywiście. W Mieście Magii nie będzie miała służących, wyręczających ją we wszystkim. Jak poradzi sobie sama? Nie tylko z gotowaniem, ale też ze sprzątaniem i innymi podobnymi sprawami? W dodatku musiała pójść do pracy —  nie znała jeszcze cen w Oreall, ale wątpiła, by to, co dał jej Ean, starczyło jej na długo.
    Przygryzła warg, wychodząc z Deallą z biblioteki. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie musiała się tym martwić. Że będzie musiała żyć w Mieście Magii. Spodziewała się, że nie przetrwa tu nawet godziny, ale Oreall wydawało się zaskakująco normalne. Nawet pomimo tej nieludzkiej temperatury.
    Na szczęście, niebo zaczęły przesłaniać chmury. Deszcz z pewnością nieco ją orzeźwi.
    —  Zaprowadzę cię do mieszkania, ale mogę po drodze pokazać ci kilka miejsc —  powiedziała Dealla. —  Potrzebujesz czegoś konkretnego?
    Anella zawahała się.
    —  Wszystkiego? Nie mam nic. —  Spuściła wzrok.
    Dealla spojrzała na nią przez ramię i zacmokała.
    —  Biedactwo. Mi też wszystko zabrali jak tu pierwszy raz przyjechałam. Ean dał ci chociaż jakieś pieniądze.
    —  Tak, siedem gallanów… Nie wiem, czy to dużo —  przyznała.
    —  Powinno wystarczyć na kilka dni. —  Dealla uśmiechnęła się. —  Jaką będziesz miała pracę, zdecydowaliście już coś?
    Anella pokręciła głową i zrównała krok z dziewczyną. Rozejrzała się. Przeszły przez środek placu i weszły w wąską uliczkę obok ponurego budynku administracji, wkraczając pomiędzy kamienice.
    Już po chwili Anella nie wiedziała, gdzie się znajdują. Nie słyszała szumu rzeki, a nazwy ulic zaczęły jej się mylić. Były dziwne i nic jej nie mówiły —  Andezytowa, Bazaltowa, Trachitowa… Kto to wymyślał?
    —  Nie —  odparła na pytanie Dealli. —  Ja… Nie wiem, czy się do czegokolwiek nadaję.
    —  Nie martw się. Myślisz, że ja potrafiłam piec, kiedy tu pierwszy raz przyjechałam? —  Machnęła ręką. —  Proszę cię. Ale się nauczyłam. Ty też się możesz czegoś nauczyć. Jak chcesz to zapytam Erass, czy przyjmie cię na staż do piekarni.
    Anella zarumieniła się.
    —  Byłabym bardzo wdzięczna. —  Postanowiła zmienić temat. Miała tylko nadzieję, że nie pytała o nic zbyt osobistego. —  Skąd jesteś?
    —  Z Ethei. —  Na szczęście, Dealla nie miała nic przeciwko temu pytaniu. —  Ty też? Bo podejrzewam, że przynajmniej jakoś z tych naszych północnych okolic.
    Ethea była państwem znacznie większym niż Elenea, która leżała na północ od niej.
    —  Jestem z Elenei —  odparła Anella. A przynajmniej byłam, dodała w myślach. Już nigdy tam nie wrócę. Tak wiele oddałaby, żeby móc choć jeszcze raz zobaczyć się z rodziną…
    Nie powinna teraz o tym myśleć. Nie chciała się rozpłakać. Czas na rozpacz nadejdzie później, kiedy zostanie sama. Podejrzewała, że wielu godzin tej nocy nie prześpi.
    —  Spójrz, tu jest sklep. —  Dealla przerwała jej ponure rozważania. —  Z odzieżą. Powinnaś sobie coś kupić — niedługo ugotujesz się w tej sukience.
    Sama Dealla miała na sobie białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami oraz czarne spodnie —  rzadki widok u kobiet na północy. Najwyraźniej jednak Miasto Magii mogło zdeprawować każdego. Anella natychmiast skarciła siebie za takie myślenie. Znajdujesz się w innym miejscu, przypomniała sobie, gdzie panują inne obyczaje. Nie oceniaj.
    Nie potrafiła jednak całkiem się do tego zastosować. Przypuszczała, że sporo czasu minie, zanim przyzwyczai się do widoku kobiety w spodniach. W dodatku, koszula Dealli była biała, a Anella wątpiła, by tak młoda dziewczyna miała już Partnera.
    —  To chyba dobry pomysł —  przyznała Dealli rację. Wciąż miała na sobie grubą, brązową suknię, skutecznie zakrywającą całe jej ciało. Nie zmieniała jej od trzech dni, a teraz w dodatku zalewały ją całe wiadra potu.
    Muszę wyglądać okropnie. Co oni wszyscy sobie o mnie myślą?
    —  No to chodźmy, przynajmniej się rozejrzysz. Nie mogę na ciebie patrzeć w takim stanie.
    Anella zaczerwieniła się, ale poszła do sklepu za Deallą. Z ulgą powitała cień i chłód panujący w środku.
    Właścicielką sklepu była piękna kobieta —  może Ehailandka albo Sarlanka —  o jasnobrązowej skórze i ciemnych, sięgających jej do pasa włosach. Obrzuciła Anellę takim spojrzeniem, że ta aż się wzdrygnęła i nagle wszystkie jej obawy związane z Miastem Magii powróciły.
    —  Cześć, Mav —  rzuciła wesoło Dealla.
    —  Cześć, Dea —  przywitała się właścicielka sklepu, Mav. —  Kto to jest?
    Znają się, pomyślała Anella z ulgą. Może więc nic mi nie zrobi. Dealla by jej na to nie pozwoliła, prawda? Była kolejną osobą, która zdawała się bardzo miła… Ale to wszystko mogło być tylko grą. Pamiętaj o tym. Nie ufaj im.
    —  To Anella. —  Dealla objęła ją ramieniem. —  Właśnie przyjechała do Oreall. Jak widzisz, potrzebuje nowych ubrań. Czegoś na co dzień, czegoś do spania i jakiejś bielizny. I butów. Byle nie zbyt drogich —  zastrzegła szybko. Do Anelli teatralnym szeptem powiedziała: —  Mav lubi naciągać ludzi na najdroższe rzeczy.
    Mav nie skomentowała. Gestem nakazała Anelli podejść bliżej, więc dziewczyna zmusiła się, żeby to zrobić. Nogi znów zaczynały jej drżeć.
    Mav zmierzyła ją krytycznym spojrzeniem, pod wpływem którego Anella znów zaczęła się pocić, a na jej policzki wstąpił rumieniec. Kobieta nic nie powiedziała, jedynie skinęła głową i odeszła.
    Anella odetchnęła z ulgą i rozejrzała się. W sklepie stało kilka manekinów, prezentujących najróżniejsze rodzaje odzieży —  od grubych, zimowych płaszczy, po lekkie, zwiewne sukienki. Trochę bez sensu, ale miała przecież nie oceniać.
    Nie zmuszą mnie, żebym założyła jedną z nich, pomyślała, patrząc na jedną z krótkich sukienek, o niemal nieistniejących rękawach. Jak można to nosić i nie czuć się zawstydzonym? Przecież wszyscy by się gapili!
    —  Wolałabyś suknię czy spodnie? —  zawołała do niej Mav.
    —  Suk… suknię —  wyjąkała Anella. —  Długą, jeśli można.
    Mav nie odpowiedziała, ale po chwili wróciła, niosąc kilka rzeczy. Wręczyła jedną z nich Anelli.
    To była sukienka, niewątpliwie sięgająca do ziemi. Jednocześnie jednak miała głęboki dekolt i prawie nie zasłaniała ramion. Anella zaczerwieniła się na samą myśl, że mogłaby założyć coś takiego. No i ten kolor…
    —  Nie… Nie mogę nosić jasnym barw —  wymamrotała. —  Nie mam Partnera.
    Mav wpatrywała się w nią bez zrozumienia. Dealla pospieszyła z wyjaśnieniami.
    —  Ona jest Eleneanką. Wiesz, jacy oni są pruderyjni, Mav. Nie mogą pokazać nawet skrawka ciała obcej osobie bez robienia scen.
    Anella zaczerwieniła się. To nieprawda, pomyślała, przygryzając wargi. Przecież pokazuję dłonie i twarz. Ale resztę… Czy oni naprawdę tak nas postrzegają? Jako pruderyjnych? Przecież nasze narody są ze sobą spokrewnione! Dzielimy tę samą kulturę!
    Kto wie, od jak dawna Dealla mieszkała w Oreall. Może na tyle długo, że już całkiem przesiąknęła obcymi wpływami.
    —  Ugotujesz się w długich rękawach —  zwróciła się Mav do Anelli. —  Mogę znaleźć ci coś innego, ale w dni takie jak dzisiaj będziesz tego żałować.
    Przeżyję.
    —  Jeśli można… Wolałabym chociaż trochę dłuższe rękawy… —  Jakoś dam radę, pomyślała. To tylko ręce, nie ma w nich nic strasznego. —  I bez takiego dekoltu…
    Stworzycielko, wybacz mi.
    —  Daj spokój —  szepnęła Dealla, kiedy Mav znów odeszła. —  To tylko ubrania. Nie ma w nich nic złego. W Oreall nikt nie będzie cię oceniał, możesz nosić, co chcesz. Bylebyś cokolwiek nosiła. —  Zaśmiała się.
    Anella zawtórowała jej niepewnie. Wciąż nie wiedziała, co sądzić o tym mieście.
    Mav wróciła z kolejną sukienką. Ta miała ciemniejszy, żółty kolor —  choć wciąż za jasny jak na kogoś bez Partnera —  ale przynajmniej zakrywała całe ramiona, choć nie wykraczała poza nie. W dodatku, była znacznie krótsza od poprzedniej.
    Anella wzięła ją niepewnie.
    —  Ja… Nie wiem…
    —  Dziewczyno, przestań marudzić. Nie mam dużo ubrań w twoich rozmiarach i to jeszcze takich, żeby ci pasowały —  przerwała jej Mav. —  Weź się w garść. Może jeszcze ci tego nie uświadomiono, ale nikt nie będzie cię tu niańczył. Albo się dostosujesz, albo będziesz cierpieć. To tylko cholerna sukienka —  idź ją przymierz. —  Gwałtownie wskazała ręką na grubą zasłonę, wiszącą na tyłach.
    Anella spuściła głowę, czując łzy napływające do oczu. Prawda bolała.
    —  Przepraszam —  mruknęła i posłusznie poszła przymierzyć sukienkę.
*
    W końcu zdecydowała się ją kupić i, za namową Dealli, włożyła ją. Choć sukienka kończyła się tuż nad samymi kolanami, Anella miała wrażenie, że przy każdym ruchu widać jej uda i pośladki. Musiała zwalczać chęć obciągania jej. Sukienka nie była brzydka, tylko bardzo prosta i gorsząca. Przynajmniej całkowicie zasłaniała piersi, choć i tak za bardzo je opinała.
    Teraz wszyscy będą się na mnie jeszcze bardziej gapić, myślała zrozpaczona dziewczyna. Fioletowe siniaki na jej rękach z pewnością przyciągały uwagę. Dealla co chwilę na nie zerkała, jednak nie komentowała. Anella musiała jednak przyznać, że przynajmniej nie było aż tak gorąco. W dodatku zaczął padać deszcz, przynosząc ulgę i uwalniając od nieznośnego upału.
    Sukienka, suknia sypialna i nowe buty kosztowały jednego gallana, pozostawiając Anellę z sześcioma. Wciąż nie wiedziała, czy to dużo, ale zaczynała podejrzewać, że całkiem sporo.
    —  Pewnie będzie burza —  Dealla skomentowała pogodę, patrząc w niebo. —  Lepiej się pospieszmy.
    Na szczęście, nie miały daleko. Choć Anelli kręciło już się w głowie od tych wszystkich zakrętów, okazało się, że zostały jeszcze dwa. Wreszcie Dealla zatrzymała się przed wysoką kamienicą, wyglądającą jak wszystkie inne.
    —  To tutaj —  powiedziała. —  Granitowa siedemnaście. Który masz numer mieszkania?
    —  Trzy.
    —  Trzy —  powtórzyła Dealla i pokiwała głową. —  Dobra. Widzisz tamtą uliczkę? —  Wskazała. —  Jak pójdziesz nią i na końcu skręcisz w lewo, to znajdziesz piekarnię, w której pracuję. Jakbyś czegoś potrzebowała, to będziesz wiedziała, gdzie mnie znaleźć. Ja chyba muszę już iść.
    Anella z żalem pokiwała głową. Nie chciała zostawać sama. Co, jeśli ktoś ją zaatakuje? Wokół było tylu magów, ktoś z pewnością musiał już ją wypatrzyć i…
    —  Mogę iść z tobą? —  wypaliła, zanim zdążyła się powstrzymać. Kiedy Dealla na nią spojrzała, dodała: —  Chciałabym kupić coś do jedzenia…
    —  No jasne, chodź. Ale nie wolałabyś najpierw tego odnieść? —  Pokazała na torbę, którą Anella dostała od Mav.
    Nie chce, żebym z nią szła, pomyślała Anella. Ale ona nie chciała zostawać sama.
    —  Później to zaniosę, jak już będę wszystko miała.
    —  No to chodźmy.
    Kiedy szły kolejną pustą uliczką, Anella nie wytrzymała i zapytała:
    —  Dlaczego tu jest tak pusto? Nikogo nie widziałam na ulicach…
    —  To przez ten wcześniejszy upał. I przez ten deszcz. Ludzie wolą chować się w mieszkaniach i w sumie im się nie dziwię.
    No tak, pomyślała Anella, czując się jak idiotka, że nie przyszło to jej do głowy. Dealla jednak kontynuowała, z wyraźnym wahaniem w głosie:
    —  Jest jeszcze coś innego… Ean pewnie nie mówił ci o Dannelu, nie?
    Anella pokręciła głową.
    —  Nie wspominał o nikim takim. Kto to?
    Dealla westchnęła.
    —  Kiedyś mieszkał w Oreall, ale nie podobało mu się tutaj. Uważał, że to miasto jest jak więzienie, a my, jako magowie, nie powinniśmy pozwalać, żeby niemagiczni nas w nim zamykali. Dlatego się zbuntował. Słyszałam, że ponoć chciał przejąć kontrolę nad Oreall, a potem wykorzystać magię do podbicia świata. —  Zadrżała lekko. —  Nie wiem, na ile to prawda, ale skłonna uwierzyć, że takie były jego zamiary. —  Pokręciła głową. —  Nieważne. W każdym bądź razie, zbuntował się i zaatakował miasto. Sporo osób go poparło. Nazywali siebie Henrytami, no wiesz, na cześć Henreta. Walczyliśmy z nimi i wygraliśmy, ale sporo osób zginęło. Dannel uciekł z tymi ze swoich ludzi, którzy przeżyli. Dlatego teraz w Oreall nie ma zbyt wielu ludzi.
    Anella poczuła przypływ mdłości. Już zaczynała myśleć, że to miejsce może wcale nie było takie okropne, kiedy nagle dowiedziała się czegoś takiego! Jak miała tutaj normalnie mieszkać, kiedy zagrażał im ktoś taki? Zacisnęła dłonie w pięści. Chcę do domu, pomyślała. Proszę, zabierzcie mnie stąd.
    —  Kiedy… —  Odchrząknęła. —  Jak dawno temu to się stało?
    Jeśli minęło kilka lat, to ten cały Dannel nie powinien stanowić aż takiego zagrożenia, prawda?
    —  Jakieś trzy miesiące —  odparła cicho Dealla. —  Jeszcze nie do końca się po tym pozbieraliśmy. Tylu naszych bliskich straciło wtedy życie… A Dannel uciekł. Nie chcę cię niepotrzebnie martwić, ale on wkrótce wróci. Nie odpuści. Jeśli chce podbić świat, będzie nas musiał najpierw wyeliminować. 

-----------------------------
Trochę dłuższy rozdział niż poprzedni. Wracamy do Anelli, u której wciąż nic się nie dzieje ;D W następnym rozdziale - nowy POV. 
Nomida zaczarowane-szablony