środa, 14 listopada 2018

Miasto Magii - Rozdział XLI „Poczucie winy”

    Dannel z żalem wpatrywał się w ciało Sarutta, czując rosnące poczucie winy. Nie powinien zostawiać go samego z Evasem. Co prawda, chłopak nie powinien był się w ogóle obudzić, ale tak się stało i teraz Sarutt był martwy. Dannel nienawidził tracić swoich ludzi, szczególnie, kiedy ich śmierć była jego winą.
    Powinienem był zabić Evasa, kiedy tylko miałem szansę, pomyślał. Ale tego nie zrobił. Nie potrafił, co odkrył z niejakim zaskoczeniem. Owszem, byli kiedyś przyjaciółmi, ale to była przeszłość. Teraz byli wrogami, a Dannel nigdy nie miał problemów z ich zabijaniem. Aż do teraz.
    Być może była to wina tego cholernego Umysłowca, Sandra. Próbował namieszać mu w głowie, Dannel to czuł, ale był pewien, że mu się nie udało. Najwyraźniej jednak się mylił i teraz jego ludzie za to płacili. Dannel zaczynał coraz bardziej żałować, że nie zabił Sandra zamiast tej dziewczyny, Dealli. Był on zdecydowanie bardziej kłopotliwy.
    Jeszcze go dopadnę, pomyślał.
    — Co tu się stało? — zapytała Balla, podchodząc bliżej.
— Ktoś go zabił — odparł Dannel, nie będąc w stanie powstrzymać irytacji. — Przecież to oczywiste.
Czy powinien jej powiedzieć, że to sprawka Evasa? Nie, nie przy wszystkich. Lepiej, żeby nie wiedzieli, że Evas przeżył.
— Ale kto?
— Nie wiem! — warknął Dannel i Balla aż cofnęła się o krok. Mężczyzna natychmiast poczuł wyrzuty sumienie, które jednak znikły bez śladu, kiedy przypomniał sobie to, co wcześniej zrobiła dziewczyna. — Ktoś na pewno. Ealily!
— Tak? — Ciemnowłosa kobieta przestała się rozglądać i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.  
— Przeszukaj bibliotekę. Sprawdź, czy ktokolwiek to zrobił, jest jeszcze tutaj.
   Kobieta skinęła głową i zamknęła oczy, marszcząc ze skupieniem czoło. Przez chwilę wszyscy wpatrywali się w nią w milczeniu, pełni napięcia. Wreszcie Ealily odezwała się:
    — Nadal tu są. Jest ich dwoje.
    Dwoje? Czyli Evas miał pomocnika. A może nawet nie był w to zamieszany? Może nadal leżał nieprzytomny w mieszkaniu Steena? Nie, na pewno się obudził, magia Sarutta opuściła jego ciało z chwilą śmierci jej właściciela.
    — Możesz stwierdzić, kto to?
    Ealily pokręciła głową.
    — Nie. Wiem tylko, że jedno z nich jest znacznie silniejsze od drugiego.
    Jest bezużyteczna, pomyślał Dannel, zaciskając usta w wąską linię. Nie potrafi nawet rozpoznać magii Evasa. Sarutt był od niej znacznie potężniejszy. Był zdecydowanie najsilniejszym Jednostkowcem po stronie Dannela, włączając w to Mikkela.
    — W takim razie idź to sprawdzić — polecił Dannel tonem nieznoszącym sprzeciwu.
    Ealily zawahała się przez chwilę, a potem pokiwała głową. Oddaliła się między regały i wkrótce zniknęła z pola widzenia.
    Dannel wiedział, że nie powinien posyłać jej samej. Nie, jeśli gdzieś tam czaił się Evas. Ale, z drugiej strony, nawet gdyby wysłał pięcioro, nie poradziliby sobie z Evasem, więc może nie powinien się aż tak przejmować. Przynajmniej minimalizował straty.
    Niemal nienawidził się za takie myślenie.
    — Co zrobimy z ciałem? — zapytała cicho Mirin.
    Dannel westchnął.
    — Przenieśmy je. Nie możemy mu jeszcze wyprawić pogrzebu, ale przynajmniej ukryjmy ciało. Sarutt zasługuje na trochę szacunku.
    Przenieśli ciało do mieszkania Steena i ułożyli je na tej samej sofie, na której wcześniej leżał Evas. Dannel zignorował ukłucie niepokoju, które poczuł na ten widok. Teraz dostał już potwierdzenie swoich obaw — Evas żył i był gdzieś tam, gotowy zaatakować ponownie.
    Jeśli to, co wyczuwała Ealily było prawdą, Evas wciąż z jakiegoś powodu był w bibliotece. Dlaczego? Przecież mógł uciec. Ale postanowił zostać i skryć się gdzieś wśród regałów. Czy zamierzał ponownie zaatakować? To byłoby głupotą, Dannel i jego ludzie mieli przewagę, ale jeśli Evas był zdesperowany…
    Nie powinienem zostawiać ich samych, pomyślał Dannel o swoich ludziach, którzy zostali w bibliotece. Chwycił za koc i przykrył nim ciało Sarutta.
    — Idziemy — powiedział.
    Skierował się do wyjścia za resztą, ale powstrzymała go dłoń na ramieniu.
    — Zaczekaj — powiedziała cicho Balla. — Możemy porozmawiać?
    — Teraz? — Dannel zerknął na nią i uniósł brwi. — To nie może zaczekać?
    Balla spuściła wzrok i na ten widok irytacja mężczyzny nieco zelżała.
    — Ja tylko… Chciałam zapytać, czy dalej jesteś na mnie zły.
    Dannel westchnął ciężko. To naprawdę nie był czas na taką rozmowę. Ale Balla, sądząc po jej zaciętym wyrazie twarzy, nie zamierzała tak łatwo odpuścić.
    — Ballo… Jestem zły, owszem. Złamałaś mój rozkaz.
    — Przecież przeprosiłam!
    Dannel obejrzał się przez ramię i zniżył głos, choć zostali już sami.
    — Tak, ale mam wrażenie, że twoje przeprosiny nie były do końca szczere. Tak samo jak twoje wyjaśnienie. Jeśli powiesz mi, co naprawdę się stało, wybaczę ci.
    Spojrzała mu w oczy. Jej własne wydawały się większe i ciemniejsze niż zazwyczaj. I błyszczały, jakby od łez.
    Tak bardzo przejmuje się tym, że jestem na nią zły?, zdziwił się Dannel. Balla nigdy nie zdawała się przejmować niczym tak bardzo. Owszem, zdawał sobie sprawę, że większość z tego była tylko maską, ale jednak…
    — Ja… — odchrząknęła, zamrugała i odwróciła wzrok. Na jej blade policzki wpłynął ledwo widoczny rumieniec. — Nie chciałam złamać twojego rozkazu. Nigdy nie chciałam cię rozczarować — mówiła cicho, niemal szeptem. — Wróciłam, bo wiedziałam, że nie jestem im potrzebna. Poradzą sobie beze mnie. Chciałam być u twojego boku. Miałam przeczucie, że coś planujesz i możesz mnie potrzebować. — Wzięła głęboki wdech. — I tęskniłam za tobą.
    Ach, więc o to chodziło. Dannel poczuł, jak jego serce mięknie i uśmiechnął się delikatnie.
    — Och, Ballo. — Westchnął, a potem objął ją i przytulił.
    Nigdy wcześniej tego nie zrobił i poczuł, jak Balla zamiera, a potem rozluźnia się nieznacznie. Wymamrotała coś, co zabrzmiało jak przeprosiny, tym razem znacznie bardziej szczere. Dannel nie mógł pozostać na nią dłużej zły.
    Mógłby tak stać przez wieczność. Lubił trzymać Ballę w swoich ramionach. Ale była ona dla niego za młoda, a jego największym rywalem był jej brat. To nie był odpowiedni czas. Ale może, za kilka lat, kiedy wszystko już się ułoży...
    — Odesłałem cię, bo chciałem, żebyś była bezpieczna — powiedział cicho. — Nie chciałem ryzykować, że coś ci się stanie. Dlatego byłem taki zły, że wróciłaś.
    Balla odsunęła się od niego, a on jej na to pozwolił. Na powrót przywołała swój chłodny wyraz twarzy, ale policzki wciąż miała bardziej rumiane, niż zazwyczaj.
    — Potrafię o siebie zadbać — powiedziała z lekkim nadąsaniem. — Wiesz o tym.
    Dannel uśmiechnął się szeroko.
    — Wiem. Ale wolałem być ostrożny. Wybaczysz mi?
    Prychnęła.
    — Chyba nie mam wyboru. 

*
    Ealily wciąż nie wróciła, co Dannel odebrał za zły znak. Widział zmartwienie na twarzach swoich ludzi i przeklął swoją wcześniejszą irytację. Powinien był posłać z kobietą kogoś jeszcze. Nie miał wątpliwości, co się stało. Evas ją dopadł.
    Pytanie tylko, co zamierzał zrobić teraz. Czy zmierzał w ich kierunku? A może schował się gdzieś i czekał, aż Dannel przyśle kogoś jeszcze?
    — Lily nie żyje, prawda? — zapytała Mirin, mówiąc wreszcie to, o czym niewątpliwie wszyscy myśleli.
    — Prawdopodobnie. — Dannel nie widział sensu w kłamaniu. — Ale nie zaszkodzi sprawdzić. Barret? — zwrócił się do młodego Jednostkowca.
    Chłopak spuścił wzrok.
    — Już sprawdziłem i wyczułem tylko jedną osobę — powiedział. — Ale to chyba nie Ealily. Nie kojarzę tej magii.
    Tylko jedna osoba? A co się stało z drugą, którą wyczuwała Ealily? Czy kobiecie udało się ją zabić?
    — Jesteś w stanie wyczuć jej siłę?
    Barret pokręcił głową.
    — Wydaje mi się, że jest silniejsza niż moja, ale nie jestem pewien. Nie jest tak silna jak twoja.
    Czyli to nie był Evas. Dannel powinien odetchnąć z ulgą, ale zamiast tego zaniepokoił się jeszcze bardziej. Gdzie w takim razie podziewał się ten chłopak? Uciekł? Ale dokąd? Sharret i Ealamus pilnowali wejścia, nie mógł więc wymknąć się tamtędy.
    Chyba że ich zabił.
    — Sprawdź przy drzwiach, czy Sharret i Ealamus jeszcze żyją — polecił.
    Barret sztywno skinął głową.
    — Żyją. To też już sprawdziłem.
    Mądry chłopak, jakim cudem Dannel nie zauważył tego wcześniej?
    — Dobra robota — pochwalił go mężczyzna i uśmiechnął się, choć wcale nie czuł się szczęśliwy.  
    Gdzie jesteś, Evas? Gdzie on się podział? Czy z biblioteki było jeszcze jakieś inne wyjście, o którym Dannel nie wiedział? Niedobrze, cholernie niedobrze. Musiał je jak najszybciej znaleźć, ale nie chciał rozdzielać swoich ludzi.
    — Jesteś w stanie określić kierunek, z którego wyczuwasz tę obcą magię? — zapytał Barreta.
    Chłopak zawahał się, a potem wskazał ręką na prawo.
    — Chyba stamtąd, ale nie jestem pewien, jaka jest odległość.
    — To chyba bez znaczenia — powiedział. Wyciągnął przed siebie dłoń. Nad nią zmaterializowała się kula światła. — Myślicie, że ogień go wykurzy?
    To nie był prawdziwy ogień — to kosztowałoby Dannela zbyt wiele magii — lecz substancja go przypominająca. Równie gorąca i śmiertelnie niebezpieczna, szczególnie w bibliotece, miejscu, które wydawało mu się wyjątkowo łatwopalne.
    Ludzie Dannela — wszyscy, oprócz Balli — cofnęli się o kilka kroków, a mężczyzna uśmiechnął się.
    — Trzymaj się z tyłu, jeśli chcesz za mną iść — powiedział do dziewczyny.
    Skinęła głową.
    — Uważaj na siebie.
    Wstąpił między półki, z Ballą tuż za nim.
    I w tym momencie w ich stronę pomknął jeden z regałów. Zatrzymał się nagle, a Balla cofnęła się o kilka kroków, wyciągając przed siebie ręce. To ona go zatrzymała, ale sądząc po jej zmarszczonym czole, przeciwnik był od niej znacznie silniejszy i dziewczyna nie wytrzyma długo.
    Więc Dannel stworzył ścianę tuż przed regałem. Balla odetchnęła z ulgą.
    — Dziękuję.
    — Dobra robota. Wszystko w porządku?
    — Tak, skup się na walce.
    Dannel zaśmiał się i rozejrzał. Wciąż nie widział tego, kto ich zaatakował. Czy był blisko, czy może trzymał się na dystans? Jeśli miał choć trochę rozumu, powinien wiedzieć, że z Twórcami walczyło się na odległość.
    Kątem oka Dannel zauważył ruch za jednym z regałów i zareagował, tworząc kolejną ścianę, zanim ten zdążył ruszyć w ich stronę.
    — Kogo my tu mamy? — zawołał Dannel. — No dalej, pokaż się, nie bądź tchórzem.
    Regał bezsilnie obijał się o ścianę, ale ta ani drgnęła.
    — To jedyne, na co cię stać? — Dannel nie przestawał prowokować.
    A potem zlikwidował ścianę i uskoczył z drogi regału, który uderzył w inny, po przeciwnej stronie. Sądząc po hałasie, przewróciło się kilka z nich. Dannel wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    Atakujący nie zdążył się cofnąć i ukryć — Dannel utworzył wokół niego przezroczyste ściany, więżąc go w środku. Wreszcie mógł przyjrzeć się przeciwnikowi.
    Był to mężczyzna w średnim wieku, z Ehailandu, sądząc po śniadej karnacji. Z jego ciemnych oczu biła czysta wściekłość, widoczna nawet z odległości.  Dannel nie pamiętał jego imienia. Garen? Garott? Jakoś tak, to nie miało teraz znaczenia.
    — Bawisz się ze mną? — warknął mężczyzna, kiedy zorientował się, że nie ma jak uciec. Nie mógł sięgnąć magią poza niewidoczne ściany, a przynajmniej tak przypuszczał Dannel, był na to za słaby. — Nie pierdol się, pokaż, na co cię stać.
    — Skoro tak ładnie prosisz… — Dannel nie zamierzał zabijać tego mężczyzny, chyba że będzie to konieczne, ale mógł wyciągnąć z niego kilka informacji.
    Posłał w stronę mężczyzny kulę ognia. Zatrzymała się ona na ścianie, ale na twarzy przeciwnika i tak po raz pierwszy pojawił się strach. Dannel pozwolił, by ogień znikł po kilku sekundach.
    — Mogę zrobić z tobą to, co robią z magami na Teklandzie — powiedział, podchodząc bliżej. — Mogę sprawić, że spłoniesz żywcem. Ale możesz też odpowiedzieć na kilka pytań i wyjść stąd żywy.
    Mężczyzna, trzeba było mu to przyznać, nie był tchórzem. Spojrzał Dannelowi prosto w oczy bez śladu wcześniejszego strachu.
    — Pierdol się — warknął.
    Podłoga zadrżała pod stopami Dannela i mężczyzna zachwiał się, ale odzyskał równowagę. Czyli jednak może sięgnąć poza ściany, pomyślał. Nie jest aż taki słaby.
    — Nieładnie — powiedział tonem, którym mówi się do dziecka. — A ja ci oferuję taki korzystny układ...
    — Wsadź sobie ten układ w dupę.
    Dannel westchnął. Samą gadaniną nic nie wskóra, mężczyzna był uparty i najwyraźniej nie dbał o własne życie.
    Dannel zrobił dziurę w niewidocznej ścianie — niewielką, taką, żeby móc włożyć w nią rękę. Uwięziony mężczyzna spróbował się cofnąć, ale nie miał wystarczająco miejsca i Dannel chwycił go za szyję, podduszając lekko.
    — Próbowałem być miły — powiedział cicho, wytwarzając ciepło wokół swojej dłoni.
    Mężczyzna wrzasnął i szarpnął się w tył, Dannel pozwolił mu na to, puszczając go. Na jego szyi od razu pojawiły się czerwone pęcherze.
    — Trochę parzy, nie? — zapytał beztrosko Dannel. — Chcesz trochę zimnej wody? Może lodu? Pomogę ci, ale najpierw odpowiedz na kilka pytań.
    — Spierdalaj — wychrypiał mężczyzna. Choć jego twarz wykrzywiona była bólem, nadal się nie poddawał. Był zaskakująco wytrzymały.
    — Gdzie jest reszta? — zapytał Dannel. — Gdzie się chowają? Gdzie jest Ean? Czy w bibliotece jest ktoś jeszcze? — Zniżył głos, żeby Balla go nie usłyszała i zadał ostatnie pytanie: — Gdzie jest Evas? No dalej — powiedział już normalnie. — To nie są trudne pytania. Jak się trochę wysilisz, to z pewnością dasz radę odpowiedzieć na chociaż jedno z nich.
    Mężczyzna po prostu wpatrywał się w niego gniewnie. Na jego twarzy ból mieszał się z wściekłością.
    — Sufit! — krzyknęła nagle Balla i Dannel zareagował natychmiast
    Sufit pękł nagle i na Dannela posypałby się gruz, gdyby mężczyzna w ostatniej chwili nie wytworzył tarczy. Pokręcił głową z udawanym rozczarowaniem, choć był pod coraz większym wrażeniem. Ten mężczyzna naprawdę był silniejszy niż wcześniej przypuszczał.
    — Zaraz naprawdę mnie wkurzysz — powiedział Dannel, mrużąc oczy. — Lepiej mnie nie prowokuj.
    Przyłożył dłoń do dziury w niewidzialnej ścianie i stworzył ogień, który błyskawicznie wypełnił niewielką przestrzeń. Mężczyzna wrzasnął ogłuszająco, kiedy dosięgnęły go płomienie. Dannel skrzywił się i odwołał ogień.
    Mężczyzna, pokryty oparzeniami, osunął się na podłogę. Wyglądał obrzydliwie, a w powietrzu unosiła się woń spalonego ciała. Dannel starał się nie przyglądać mu zbyt długo.
    — Nie martw się — powiedział, siląc się na beztroski ton i próbując zignorować rosnące mdłości. Za nim, Balla zrobiła kilka kroków w tył i zasłoniła twarz. — Zaraz przestanie być tak gorąco.
    Temperatura spadła gwałtownie, kiedy Dannel wytworzył chłód. Nawet on go odczuł, kiedy na niemal nieprzytomnym mężczyźnie zaczęły osadzać się kryształki lodu. Zaczął trząść się gwałtownie, nie panując nad własnym ciałem.
    Dannel pozwolił by trwało to chwilę, ale w końcu zimno stało się niemal nie do zniesienia, więc odwołał je. Wycofał też niewidzialne ściany, trzymające mężczyznę w klatce — już raczej nie stanowił zagrożenia — i kucnął przy nim.
    — Żyjesz jeszcze?
    W odpowiedzi mężczyzna otworzył jedno oko. Dannel uśmiechnął się.
    — Świetnie. To jak, pogadamy sobie teraz? Zmieniłeś już zdanie?
    Mężczyzna wymamrotał coś, co brzmiało jak: „Prędzej wyrucham własną matkę”.
    Dannel westchnął i zerknął na Ballę, która wyglądała bladziej niż zwykle. Pokręcił głową.
    — Co za beznadziejny przypadek — stwierdził. — Jak myślisz, powinienem skrócić jego cierpienia?
    Przez chwilę wyglądała, jakby chciała się zgodzić, ale potem na jej twarz wstąpiły wątpliwości. Zmarszczyła brwi i zacisnęła usta w cienką linię, patrząc mu w oczy. Wreszcie pokręciła głową.
    — Nie — powiedziała cicho. — Myślę, że jeśli odpowiednio go zmotywujesz, w końcu powie nam to, czego chcemy się dowiedzieć.
    Zaskoczyła go tym. Nie spodziewał się, że będzie popierać tortury, szczególnie że jeszcze przed chwilą wyglądała, jakby chciała zwymiotować. Próbuje udawać twardą, żeby mi się przypodobać?, pomyślał Dannel. Nie musiała tego robić, ale jej tego nie powiedział. Zamiast tego uśmiechnął się.
    — Wiesz co? Masz rację. Gdybym wiedział, że będziesz dawać mi tak dobre rady, wcale bym cię nie odsyłał. Może to ty powinnaś być moją prawą ręką, nie Mikkel.
    Widząc, jak dziewczyna rozluźnia się, a z jej twarzy znika obrzydzenie, Dannel obrócił się z powrotem do leżącego na podłodze mężczyzny i westchnął w duchu. W takim tempie czeka go jeszcze długi dzień…
Nomida zaczarowane-szablony