wtorek, 19 czerwca 2018

Miasto Magii - Rozdział XXV „Jiean”

    Ean wyjaśniał jej, kogo ma odszukać, Anella zaś słuchała z rosnącą niepewnością. Coraz bardziej była pewna, że popełniła błąd. Mimo to, przytakiwała mężczyźnie, zapamiętując jego słowa.
    Mag, którego miała odszukać, nazywał się Sarutt Jourass, pochodził z Urshanu, miał trzydzieści trzy lata i władał magią jednostkową. Nie cechowała go jednak szczególna siła — Ean kilkukrotnie powtarzał, że w razie walki z łatwością sobie z nim poradzą. Wierzył jednak, że do żadnego starcia nie dojdzie, a Anella miała nadzieję, że się nie mylił.
    Sander przyszedł pierwszy, zauważyła go, kiedy tylko wyszła z biblioteki. Towarzyszył mu ten Teklandczyk, Gillen, postanowiła więc im nie przeszkadzać. Przysiadła na schodach i wystawiła twarz w stronę słońca, jasno świecącego na niemal bezchmurnym niebie.
    Gillen minął ją, nawet nie zwracając na nią uwagi. Sander zaś zauważył ją dopiero, kiedy do niego podeszła.
    — Dzień dobry — przywitał się z szerokim uśmiechem. — Przepraszam, długo na mnie czekałaś?
    Anella wzruszyła ramionami.
    — Nie, w porządku. Dopiero przyszłam. Dealli jeszcze nie ma.
    Sander pokiwał głową i ziewnął, przeciągając się nieco.
    — Rany, nie lubię tak wcześnie wstawać — przyznał. — Kompletnie się nie wyspałem. Ludzie powinni móc w spokoju spać do południa!
    Anella nie mogła się nie zaśmiać. Owszem, ona też lubiła dłużej pospać, ale bez przesady…
    — Ja też za tym nie przepadam — mruknęła tylko, wbijając wzrok we własne dłonie. Jakże chciałaby móc z nim normalnie porozmawiać, nie czując się tak niezręcznie!
    Na szczęście, Sander umiał poprowadzić konwersację, choć bardziej przypominała ona monolog. Anella tylko przytakiwała mu co jakiś czas, rzadko mówiąc więcej. Trwało to, dopóki nie pojawiła się Dealla.
    Dziewczyna przybiegła zdyszana, z włosami zmierzwionymi przez wiatr.
    — Bardzo się spóźniłam? — zapytała, kiedy odzyskała oddech.
    — Nie, nie — zaprzeczyła natychmiast Anella, jednocześnie zastanawiając się, ile czasu pozostało im do pociągu. Musiała wreszcie kupić sobie zegarek. — Nic się nie stało.
    — Ean przekazał ci wszystkie informacje? — upewniła się Dealla.
     — Tak, możemy już iść. — Zawahała się. — Um, jak wydostać się z miasta?
    Wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale teraz dotarło do niej, że nie miała pojęcia, jak to zrobić. Ean nic jej nie powiedział.
    — Nie wychodziłaś jeszcze? — W głosie Sandra pobrzmiewało niedowierzanie.
    Anella zaczerwieniła się.
    — Nie, nie miałam okazji…
    — W porządku, pokażemy ci — powiedziała Dealla. — To nic trudnego, chociaż nie jest zbyt przyjemne…

*

    Udali się do niewielkiego budynku po przeciwnej stronie Placu Galli, potocznie zwanego Bramą Główną. Odcinał się na tle pozostałych jasną poświatą ścian.
    — Co to jest? — zapytała Anella.
    — To światło? Czysta magia — wyjaśniła Dealla.
    Anellę przeszedł dreszcz. Pamiętała ostatni raz, kiedy miała do czynienia z czystą magią. Nigdy więcej, pomyślała.
    Sander źle zinterpretował jej wyraz twarzy.
    — Nie martw się — powiedział. — W takiej formie nie jest niebezpieczna.
    Anella pokiwała głową, głową, czując, jak ogarnia ją fala spokoju.
    W budynku był jakichś chłopak, nieznany Anelli. Przerwali mu drzemkę, zapewne dlatego był wobec nich nieco opryskliwy. Zanotował ich wyjście i obrócił z powrotem do ściany pokrytej magionami.
    Sander wskazał na tą, przy której stali.
    — Tędy — powiedział cicho. — To nie będzie przyjemne — ostrzegł.
    Anella spojrzała na ścianę z powątpiewaniem, ale nie kłóciła się, pokiwała tylko głową.
    Dealla poszła pierwsza. Położyła dłoń na powierzchni ściany, a ta ugięła się lekko pod jej palcami. Następnie dziewczyna po prostu… przeszła przez ścianę.
    W porządku, pomyślała Anella, patrząc, jak Sander robi to samo. To nic takiego, już kiedyś to robiła. Ale dłonie i tak miała spocone, kiedy dotknęła nimi ściany.
    Coś, jakaś siła, natychmiast wciągnęła ją do środka. Anella otworzyła usta, aby krzyknąć, ale obca moc wdarła się do jej wnętrza, odbierając oddech. Było zupełnie tak, jakby znalazła się pod wodą. Zamachała bezradnie rękami, a przynajmniej spróbowała i zdała sobie sprawę, że nie czuje własnego ciała, i…
    Wszystko nagle ustało i Anella poleciała do przodu.
    Czyjeś silne ręce złapały ją, zanim zdążyła upaść. Sander podtrzymał ją, dopóki nie odzyskała równowagi.
    — Mówiłam, że nie będzie przyjemnie — powiedziała Dealla. — Wszystko w porządku?
    — Tak — odparła Anella, choć wciąż brakowało jej oddechu. — Co to było?
    — Przenosiny na drugą stronę zwykle tak wyglądają. Można się przyzwyczaić.
    Anella wątpiła w to.
    — Ale przecież… Kiedy przenosiłam się do Oreall, nie było tak źle…
    — Wyjście jest gorsze niż wejście. Ponoć to dlatego, że przenosimy się z magicznego środowiska do niemagicznego. Tak przynajmniej mówi Ean.
    Uspokoiwszy się nieco, Anella rozejrzała się po okolicy, którą już wcześniej poznała. Znajdowali się pod potężnymi murami Oreall, a ulica przed nimi była opustoszała, jak wtedy, gdy dziewczyna po raz pierwszy przybyła do Miasta Magii.
    — To jak? — Dealla uśmiechnęła się. — Idziemy? Mamy pociąg, na który musimy zdążyć.

*

    Jak się okazało, Jiean nie znajdowało się daleko od Eluteanu. Leżało w centrum Doliny Mgielnej, a mieszkało w nim zaledwie dwa tysiące osób. Wystarczyło pół godziny jazdy, by dotrzeć na miejsce.
    Jazda pociągiem przypominała Anelli jej podróż do Oreall, choć teraz nie było żadnych strażników, a ona mogła poruszać się swobodnie nie tylko po przedziale, ale i całym wagonie. Mimo to, coś ściskało ją za serce, za każdym razem, kiedy wyglądała przez okno i patrzyła na przesuwające się za nim pagórkowate krajobrazy.
    Jestem w Oreall już ponad tydzień, myślała. Co z moją rodziną? Czy żyją jeszcze? Myślą o mnie, czy spisali mnie na straty? Zaskakiwało ją, jak dobrze odnalazła się w Mieście Magii. Co by sobie pomyśleli, gdyby mnie teraz zobaczyli? Znienawidziliby ją za używanie magii?
    Korytarzem przechodziła właśnie jakaś rodzina. Matka, ojciec i dwóch synów, wyglądających na dziesięciolatków. Chłopcy zachowywali się głośno, ignorując rodziców, próbujących ich uciszyć. Dzieci, pomyślała Anella. Są nieznośne. Nie była pewna, czy chciałaby kiedyś je mieć. Pewnie i tak nie będzie musiała się tym martwić — nigdy nie znajdzie kandydata na ich ojca.
    Widok tej rodziny sprawił, że znów poczuła ściskanie w sercu. Łzy napłynęły jej do oczu. Tęskniła za swoją rodziną. Myśl o tym, że nigdy ich nie zobaczy, wciąż nocami spędzała jej sen z powiek.
    Dziewczyna przełknęła ślinę i odwróciła wzrok. Nie powinna się gapić. Rodzina po chwili odeszła, choć krzyki chłopców wciąż pozostawały słyszalne. Anella siłą powstrzymywała płacz. Choć w Oreall żyło jej się dobrze, wiele dałaby, żeby wrócić do swojej rodziny i do starego życia.
    — Wszystko dobrze? — zapytał Sander.
    Pytanie przywróciło ją do rzeczywistości. Anella zamrugała i zaczerwieniła się, kiedy mężczyzna i Dealla na nią spojrzeli. Dyskretnie spróbowała otrzeć oczy.
    — Tak — odparła, nie chcąc ich martwić. — Jestem tylko trochę zmęczona.
    Sander pokiwał głową, ale Dealla tego nie kupiła. Uśmiechnęła się smutno.
    — Ja też tęsknię za moją rodziną —  wyznała cicho, obejmując się ramionami. —  Czasami jest naprawdę ciężko.
    — Masz rodzeństwo? — zapytała Anella.
    Dealla pokręciła głową.
    — Nie, tylko rodziców. Z jednej strony to lepiej, bo mam mniej osób, za którymi mogłabym tęsknić, z drugiej jednak… —  Westchnęła. — Oni teraz nie mają nikogo, oprócz mnie.
    To musi być okropne, pomyślała Anella. Jej rodzice przynajmniej wciąż mieli Thereannę i Theama… Choć on z pewnością już się nie liczył. Przecież raczej nie utrzymywali z nim kontaktu, prawda?
    O ile jeszcze żyli. Anella natychmiast zepchnęła tę myśl w głąb umysłu.
    Sander uśmiechnął się ze współczuciem.
    — Ja też tęsknię czasem za moją rodziną, ale to raczej nie to samo. W końcu ja odszedłem z własnej woli, a was zmusili, nie?
    Odszedł? Dlaczego? Czyżby źle go traktowali? Ale skoro tak, to czemu za nimi tęsknił? Walczyła ze sobą przez chwilę i wreszcie ciekawość zwyciężyła.
    — Dlaczego odszedłeś?
    Na szczęście, nie uznał tego pytania za zbyt osobiste. Wzruszył ramionami.
    — Wiesz, że w Eggos magów traktuje się jak bogów, nie? No i mi niezbyt to pasowało. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie, jakbym był kimś wyjątkowym. Jestem tylko zwykłym chłopakiem z magicznymi zdolnościami. Dlatego wyjechałem. Ale czasami ich odwiedzam, choć nie za często, bo mam daleko do domu.
    Anella poczuła ukłucie zazdrości. Sander mógł wrócić do domu, kiedy tylko chciał. A ona? Jeśli tylko przekroczy granicę Elenei, zginie ona i jej cała rodzina. Już nigdy ich nie zobaczy. Spuściła głowę, a Sander westchnął.
    Chwilę później Anellę zalała fala spokoju. Zmartwienia odeszły w niepamięć, bo przecież wszystko było w porządku. Dziewczyna odetchnęła i usiadła wygodniej, zamykając oczy. Magia umysłowa, pomyślała, to prawdziwe błogosławieństwo. Jak mogłam kiedykolwiek jej nienawidzić?

*

    W porównaniu z dworcem w Eluteanie, ten w Jiean był niemal opustoszały. Z pociągu, oprócz Anelli i jej towarzyszy, wysiadły może jeszcze ze dwie osoby i odeszły, nie zwracając na nich uwagi.
    Miasteczko różniło się zarówno od Eluteanu jak i od Oreall. Niewysokie, kolorowe kamienice stały po obu stronach brukowanej ulicy, nadając Jiean przyjaznego wyglądu. Nieliczne latarnie świadczyły o tym, że nawet tutaj dotarła już elektryczność. Niewielu ludzi przechadzało się ulicami, większość zapewne była już w pracy. Panowała przyjemna cisza i idealny porządek. Anella niemal bała się, że jej obecność jakoś zakłóci tę sielankę.
    — Co robimy? — zapytała, przerywając ciszę.
    Sander rozejrzał się z szerokim uśmiechem.
    — Jak tu pięknie! Chyba trzeba powiedzieć panu Eanowi, że w Oreall przydałoby się trochę kolorów!
    Anella otworzyła szerzej oczy i potrząsnęła głową. Dealla posłała mężczyźnie ostre spojrzenie.
    — Ciszej! — powiedziała. — Chyba nie chcesz, żeby ktoś usłyszał, skąd jesteśmy?
    Sander z zakłopotaniem podrapał się w tył głowy.
    — Przepraszam — mruknął. — Po prostu tu jest tak ładnie. To miła odmiana od szarych murów Ore… — urwał. —  Naszego miasta — poprawił się.
    Anella nie mogła się z nim nie zgodzić. Jiean wydawało się takie spokojne i malownicze. Mogłabym tu żyć, pomyślała, wolnym krokiem przechadzając się uliczkami miasteczka. Przypomina trochę Oleann. Zasmuciło ją to. Nie chciała znowu przypominać sobie domu.
    — Co teraz robimy? — zapytała, chcąc odgonić te myśli.
    Sander i Dealla popatrzyli po sobie. Mężczyzna wzruszył ramionami.
    — No… Nie wiem? Mamy poszukać Sarutta Jourassa, nie?
    — Tak, ale nie możemy po prostu chodzić i pytać ludzi — odparła Anella. Zaczerwieniła się, kiedy spojrzeli na nią wyczekująco. Czego od niej oczekiwali? Że będzie dowodzić? Przecież kompletnie się do tego nie nadawała! — Już i tak się wyróżniamy…
    Nieliczni z tych, którzy przechodzili ulicami, oglądali się na nich. Żadne z ich trójki nie wyglądało na Osneańczyka —  Anella i Dealla były zbyt blade, zaś Sander zbyt ciemny. Zwracali na siebie uwagę, czego przecież chcieli uniknąć.
    — Musimy się gdzieś ukryć —  stwierdziła Dealla, rozglądając się. —  Może tam? Co wy na to?
    Wskazała na budynek w oddali. Anella zmrużyła oczy i dojrzała szyld —  „Świerkówka — tanie noclegi”. Zajazd? To może być to, pomyślała.
    — Będziemy udawać turystów?
    — Jasne. Wtedy może nie będziemy zwracać na siebie aż takiej uwagi.
    Anella wątpiła w to. Co mieliby robić turyści w tak małym, nic nie znaczącym miasteczku? Czy mieli jednak jakiś wybór? Nie mogli po prostu sterczeć na ulicy i tutaj omawiać swoich planów, wyglądaliby podejrzanie.
    Mimo to, skrzywiła się. Dealla musiała to zauważyć, bo posłała jej pytające spojrzenie. Anella mruknęła coś pod nosem i spuściła wzrok, czerwieniąc się.
    — An, jeśli masz jakieś sugestie, to mówi. To ty tutaj jesteś szefową.
    Anella wzięła głęboki wdech. Nie była przyzwyczajona do sugerowania czegoś komukolwiek. To zwykle jej mówiono, co ma robić i to jej odpowiadało. A teraz nagle miała dowodzić? Jeśli coś pójdzie nie tak, cała wina będzie leżała po jej stronie… Znienawidzą ją, jeśli misja się nie uda.
    Ale to tylko Dealla i Sander, pomyślała Anella. Przecież są tacy mili…
    — Ja tylko… —  odchrząknęła, czerwieniąc się jeszcze bardziej. Czy musieli się tak na nią patrzeć? — Czy naprawdę możemy uchodzić za turystów? Tutaj nie ma niczego, co moglibyśmy zwiedzać. Poza tym, spójrz na nas. Co dziewczyny z północy miałyby robić z mężczyzną z Eggos? To zbyt podejrzane, stanowimy dziwną grupę.
    — Czyli co? Chcesz się rozdzielić?
    Anella pokręciła głową.
    — Nie… Albo może tak. Sama nie wiem — jęknęła. Dlaczego to ona miała wszystko planować? — Może gdybyśmy się rozdzielili, nie rzucalibyśmy się w oczy tak bardzo?
    Dealla zawahała się.
    — Chyba masz rację. Sander? Co o tym myślisz?
    Mężczyzna wzruszył ramionami.
    — Możemy się rozdzielić. Ja pójdę w jedną stronę, wy w drugą. W razie czego, wyślę wam wiadomość. — Mrugnął i postukał się palcem w głowę.
    Anelli chwilę zajęło zrozumienie, co miał na myśli. Rozluźniła się trochę.
    — Dobrze… To w takim razie rozdzielmy się. Spotkamy się za dwie godziny pod zajazdem?
    Sander z chęcią na to przystał, więc rozeszli się. Mężczyzna poszedł w stronę zajazdu, dziewczyny zaś zawróciły w kierunku dworca.
    —Jaki on jest? Jak wygląda? — zapytała Anella. — Ten… Sarutt Jourass. Ean nie powiedział mi zbyt wiele.
    Dealla wzruszyła ramionami.
    — Jaki jest to nie wiem, nie znałam go przed buntem. Ale skoro poszedł z Dannelem, to pewnie jest dupkiem. A wygląda… — Zastanowiła się. — O ile dobrze pamiętam, to wygląda trochę jak szczur. Z twarzy. Zobaczysz to będziesz wiedziała, o czym mówię. Ma jasne włosy, trochę dłuższe niż ja. Hej, co ty na to, żebyśmy udawały, że to nasz ojciec? —  rzuciła wesoło. — W końcu też jesteśmy blondynkami.
    Anella domyśliła się, że dziewczyna żartuje, ale rozważała ten pomysł przez chwilę. Jiean było małym miasteczkiem, ilu więc mogło być tu blondynów? Z pewnością niewielu, może więc warto było spróbować…
    — Jest Jednostkowcem… —  mruknęła. — Czy mógłby użyć magii, żeby zmienić swój wygląd?
    Dealla zastanawiała się przez chwilę, marszcząc brwi, aż w końcu pokręciła głową.
    — Wątpię. Owszem, to jest możliwe, ale potrzeba do tego zużyć dużo magii. Wątpię, żeby Sarutt to zrobił… Choć nigdy nic nie wiadomo. Mam nadzieję, że zachował swój wygląd. Nie jest szczególnie urodziwy, ale jeśli się zmienił, to nigdy go nie znajdziemy.
    A moja pierwsza misja skończy się porażką, pomyślała Anella i zacisnęła dłonie w pięści. Nie mogła na to pozwolić
    Anella odetchnęła lekko i w tym momencie zamarła. Coś poczuła. Jakiś szmer i drapanie, gdzieś z tyłu głowy. Gotowa była zrzucić winę na swoją wyobraźnię, kiedy Dealla stanęła jak wryta i rozejrzała się.
    Uczucia nie dało się opisać. Anella miała wrażenie, jakby ktoś grzebał w jej głowie. I mówił coś, najpierw szeptem, a potem coraz głośniej. Jej serce przyspieszyło gwałtownie, otoczenie zaczęła zamazywać się przed oczami i nagle Anella usłyszała wyraźne słowa:
    Dziewczyny, chodźcie. Coś znalazłem. Jestem w zajeździe.
    To był głos Sandra.
    Dziwne uczucie zniknęło, a Anella aż się zachwiała. Musiała podtrzymać się Dealli, żeby nie upaść. Dziewczyna oddychała ciężko, ale nie wyglądała na zaniepokojoną, co Anella odebrała jako dobry znak.
    — To Sander —  powiedziała Dealla, wzdrygając się lekko. — Nie lubię, kiedy Umysłowcy to robią.  Chodźmy sprawdzić, co znalazł.
    Zawróciły w stronę zajazdu, idąc szybkim krokiem. Prawdziwą ironią byłoby, gdyby Sarutt Jourass postanowił się ukryć właśnie tam. Ironią, a także szczęśliwym zrządzeniem losu. Znacznie ułatwiłoby im pracę. Tylko by go sprawdzili i mogliby wracać do Oreall.
    Zmartwienie Anelli nie zniknęło jednak całkowicie. A jeśli coś się stało i Sander potrzebuje pomocy? Nie brzmiał, jakby był w tarapatach, ale mógł udawać, żeby ich nie zmartwić…
    Dealla zauważyła jej wyraz twarzy.
    — Och, nie martw się tak bardzo. Twojemu ukochanemu nic się nie stało.
    — Mojemu…! — Anella zaczerwieniła się. — On nie jest moim ukochanym — zaprotestowała słabo.
    Dealla zaśmiała się.
    — Przecież widzę, jak na niego patrzysz. — Pokręciła głową. — Nie martw się, nikomu nie zdradzę twojego sekretu.  
    Anella wbiła wzrok w ziemię. Nie odezwała się. Owszem, zdawała sobie sprawę z tego, że czasami trochę za bardzo gapi się na Sandra. Był przystojny, nie mogła zaprzeczyć. Podobał jej się.
    Ale to nie znaczyło, że był jej ukochanym. Nie była w nim zakochana, przecież ledwo go znała. Nawet nie miesiąc. Nie da się pokochać kogoś w tak krótkim czasie, chyba że spędza się z nim całe dnie, których ona z Sandrem nie spędzała. Więc nie, uznała, to nie miłość.
    Na szczęście, temat urwał się, bo dotarły wreszcie do zajazdu. Był to podłużny, dwupiętrowy biały budynek. Okna przesłaniały firanki, na zewnętrznych parapetach stały doniczki z jakimiś fioletowymi kwiatkami. Uroczo tu, pomyślała Anella, wchodząc za Deallą do środka.
    Od razu zrozumiała, że coś było nie tak. Wewnątrz panowała pustka i cisza, tak jak na zewnątrz, tutaj jednak nie była ona przyjazna, a pełna grozy. Uciekaj!, krzyknęło coś w umyśle Anelli, jednak poszła ona za Deallą, która chwyciła ją za łokieć i pociągnęła ku schodom. Zatrzymały się u ich podnóża.
    — Sander? — zawołała Dealla nieco chwiejnym głosem. — Jesteś tu? Co się stało?
    Anella nie mogła powstrzymać drżenia. Gdyby nie trzymająca ją dziewczyna, chyba już dawno osunęłaby się na podłogę. To miała być łatwa misja, pomyślała, czując jak do oczu napływają jej łzy. Co tu się stało?
    Na szczycie schodów stanął mężczyzna. Nie był to ani Sander, ani Sarutt Jourass. Nieznajomy był wysoki i barczysty, miał płomiennie rude włosy i zarost w tym samym kolorze. Jego spojrzenie sprawiło, że pod Anellą niemal ugięły się nogi. Dziewczyna wstrzymała oddech, niezdolna się poruszyć.
    —  O cholera —  wyszeptała Dealla.

----------------------------------

Zgodnie z obietnicą - nowy rozdział! I zaczynają się prawdziwe kłopoty :D

Następny rozdział - nadal Anella. 
Nomida zaczarowane-szablony