piątek, 14 września 2018

Miasto Magii - Rozdział XXXIV „Mailan”

    Ellain uwielbiała pociągi. To cudowny wynalazek, pomyślała, wystawiając głowę przez okno przedziału, w którym jechali. Targane przez wiatr włosy wpadały jej do oczu, w których wezbrały jej łzy. Ellain miała wrażenie, że zaraz urwie jej głowę, ale nie przestawała się uśmiechać.
    To było takie cudowne. Nie mogła powstrzymać okrzyku radości. Dawno nie czuła się tak żywa. Żałowała, że pociągi nie istniały, zanim została uwięziona. O ile łatwiejsze byłoby życie, gdyby już kiedyś mogła tak szybko podróżować!
    To nie jedyne, co w międzyczasie wynaleziono. Po wyjściu na wolność — cóż, po ucieczce — Ellain odkryła wiele cudownych rzeczy, które wcześniej wydawały jej się niemożliwe. Automobile, elektryczność, kanalizacja, tyle dziwnych maszyn... Świat stawał się coraz wspanialszy. Chyba nigdy nie zrozumie w pełni działania tego wszystkiego.
Jednego nie pojmowała zupełnie. Ludzie. Zwykli, niemagiczni ludzie. Byli wszędzie i wydawali się tacy… normalni. Szczęśliwi. Jak do tego doszło?, myślała za każdym razem, kiedy kogoś widziała. Przecież przegraliśmy. To nie miało sensu.
Mogła zapytać o to Mikkela, ale nie chciała. Gdyby ujawniła zbyt dużo na temat swojej przeszłości… Kto wie, jak by zareagował. Poza tym, nie była gotowa, żeby o tym mówić. Najchętniej o wszystkim by zapomniała.
Mogłaby to zrobić. Wsiąść w jakiś pociąg i pojechać gdzieś daleko, gdzie nic nie przypominałoby jej o przeszłości. Znaleźć sobie jakieś uczciwe zajęcie i mieć święty spokój do końca życia. Kusiła ją perspektywa spokojnego życia.
Kiedyś, obiecała sobie. Kiedy to wszystko się już skończy. Ale najpierw Ean musiał zapłacić za to, co jej zrobił.
Kiedy na horyzoncie zaczęły pojawiać się zarysy budynków, Ellain wycofała się z okna. Nie dojeżdżali jeszcze do celu — Mikkela i ją czekała jeszcze dłuższa droga.
Ellain zerknęła na mężczyznę — spał, skulony na siedzeniu. Uśmiechnęła się, przypominając sobie jego reakcję, gdy powiedziała mu, co planuje. Dawno się tak nie uśmiała. Teraz już na pewno miał ją za szaloną, ale był zbyt miły, żeby powiedzieć jej to w twarz.
Ellain nie obchodziło, co o niej myślał. Potrzebowała go — był magiem, choć dość słabym, władał jedynie magią jednostkową. To i tak więcej, niż w tym momencie miała ona. Poza tym, cieszyło ją czyjeś towarzystwo. Po czterystu latach spędzonych samej w tej przeklętej wieży, Ellain miała dość samotności. A Mikkela lubiła — był miły i przystojny, nawet z tą okropną blizną i przepaską na oku.
Przebudził się, kiedy pociąg się zatrzymał. Zamrugał i nieprzytomnie spojrzał na wpatrującą się w niego Ellain.
— Już jesteśmy? — zapytał zaspanym głosem.
Ellain uśmiechnęła się.
— Przed nami jeszcze daleka droga, kochany — powiedziała. — Śpij. Obudzę cię, kiedy dotrzemy na miejsce.
Pokiwał głową, zamknął oczy i znów odpłynął. Ellain westchnęła. Ile dałaby za to, żeby móc zasnąć z taką łatwością…

*
    Do celu dojechali nad ranem, kiedy słońce powoli wschodziło. Ellain nie spała całą noc, mimo to nie czuła się zmęczona. Wręcz przeciwnie, ogarnęła ją ekscytacja. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, już niedługo mogła odzyskać swoją magię. A wtedy…
    Wtedy wszystkie jej problemy się rozwiążą.
    Portowe miasto, do którego przyjechali, nazywało się Mailan.
    — Jest dość popularne wśród turystów — powiedział Mikkel, co wyjaśniało wszystkich tych ludzi na dworcu.
Tłum przerzedził się, kiedy wyszli na ulice. Wciąż było bardzo wcześnie, większość ludzi spała, tylko niektórzy zmierzali już do pracy — głównie byli to pracownicy fabryk.
— Opowiedz mi o tym mieście — powiedziała Ellain, rozglądając się.
Podobało jej się tu. Budynki nie przytłaczały swoimi rozmiarami — były wysokie, ale
smukłe. I stare, zapewne jeszcze z czasów młodości Ellain, ale jakoś przetrwały, nie zostały zniszczone. Całe miasto, a przynajmniej ta jego część, którą widziała teraz kobieta, było jasne, zadbane i niezatłoczone. No i nie śmierdziało, co było chyba największą jego zaletą.
— To miasto nastawione na turystów — powiedział Mikkel. — Z tego, co wiem, zachowało się tu sporo budynków sprzed Upadku. Raj dla badaczy historii, jak mówią. Ja… — Pokręcił głową. — Nie wiem o nim zbyt wiele. Nigdy tu nie byłem.
— Ale to ważne miasto, a ty jesteś Onviańczykiem — wytknęła mu. — Powinieneś interesować się swoim krajem.
Mikkel uniósł brwi.
— Sarlańczykiem, nie Onviańczykiem. Onvia już dawno upadła.
Ellain zupełnie o tym zapomniała. Widziała przecież mapy — wielkie imperium, które kiedyś tworzyła Onvia, teraz stanowiło dwa osobne państwa — Sarlan i Orlan. Ale wciąż mówili w tym samym języku — omiańskim — którego Ellain nie znała zbyt dobrze. Kolejny powód, dla którego potrzebowała Mikkela.
— Wyleciało mi to z głowy. — Uśmiechnęła się szeroko i chwyciła Mikkela pod ramię. — Masz ochotę pozwiedzać?
— Ellain… — Westchnął. — Myślałem, że ci się spieszy.   
— Bo to prawda. Ale mogę poświęcić trochę czasu na zwiedzanie. Podoba mi się tu. Chodźmy na rynek.
Nie dała mu szans na protest, pociągnęła go mocno, idąc przed siebie. Nawet nie wiedziała, gdzie iść, zdawała się na swój instynkt.
Koniec końców, nie dotarli do rynku, tylko zabłądzili gdzieś pomiędzy kamienicami, gdzie uliczki stawały się ciaśniejsze. To już się Ellain nie podobało. Lubiła otwarte miejsca i dużo wolnych przestrzeni, a to… Za bardzo przypominało jej więzienie.
Objęła się ramionami, choć wcale nie było zimno i popatrzyła na Mikkela.
— Miałeś rację, to głupi pomysł. Tylko straciliśmy czas. Zaprowadź nas do portu.
Mężczyzna westchnął. Jeśli się niecierpliwił, nie dał po sobie tego poznać.
— Nie wiem, gdzie jest port, Ellain. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy.
Ellain uśmiechnęła się szeroko.
— Naprawdę się zgubiliśmy? Świetnie! To będzie wspaniała przygoda!
Mikkel jęknął, kiedy znów pociągnęła go za sobą, ale nie protestował. Ellain pamiętała (mniej-więcej) drogę, którą wcześniej przeszli, dlatego dojście do punktu wyjścia nie zajęło im aż tak dużo czasu. A stamtąd droga do portu okazała się całkiem prosta.
Zanim jednak tam dotarli, zatrzymali się w jakiejś gospodzie, żeby coś zjeść. Ellain nigdy nie przepadała za rybami i owocami morza, ale nie jadła ich od tak dawna — od czterystu lat! — że prawie się popłakała, czując ich zapach.
Mikkel z trwogą przyglądał się, jak wydaje kolejne monety, aż w końcu zmusiła się, żeby przestać. Wątpiła, żeby w dalszej drodze były im potrzebne jakieś pieniądze, ale nie chciała martwić Mikkela jeszcze bardziej.
Choć starała się to zignorować, nie potrafiła nie zauważyć nieprzyjaznych spojrzeń, rzucanych im przez innych ludzi. Wyczuwają, że jesteśmy magami?, zastanowiła się, a potem zapytała o to Mikkela.
Rozejrzał się dyskretnie i na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, w którym nie było rozbawienia.
— Nie wydaje mi się, żeby o to chodziło. Z tego, co słyszałem, ludzie na wybrzeżu są bardziej religijni niż w środku kontynentu. Po prostu nie patrzą tu na mieszane związki zbyt przychylnie.
Ellain pokiwała głową i uśmiechnęła się szeroko.
— Związki? — Sugestywnie poruszyła brwiami. — Czy my jesteśmy w związku, Mike? Wiesz, nie miałabym nic przeciwko… Często doskwiera mi samotność, szczególnie w nocy… Miło byłoby mieć jakiegoś urodziwego kompana, który dotrzymałby mi towarzystwa w łóżku.
Mikkel wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem pokręcił głową, tym razem z wyraźnym rozbawieniem.
— Czasem nie potrafię stwierdzić, czy jesteś poważna, czy żartujesz — powiedział.
Zrobiła oburzoną minę.
— No wiesz! Teraz mnie uraziłeś! Oczekuję kolejnego talerza krewetek w ramach przeprosin!
— Ja… W porządku… — W jego głos wkradła się niepewność. Naprawdę nie wiedział, czy się obraziła, czy tylko żartowała.
I dobrze, pomyślała Ellain, krzyżując ręce na piersiach i piorunując mężczyznę wzrokiem. Tak jest ciekawiej.
Zjadła kolejny talerz krewetek, choć była już pełna i miała wrażenie, jakby zaraz miała pęknąć. Musiała tyle jeść, jeśli chciała odzyskać swe krągłe kształty sprzed uwięzienia. Tyle lat w zamknięciu sprawiło, że znacznie straciła na wadze i, choć wciąż pozostawała niezaprzeczalnie kobieca i atrakcyjna, chciała odzyskać to, co utraciła.
— Więc — powiedział Mikkel, kiedy wreszcie wyszli na zewnątrz — myślałem nad tym, gdzie się wybierzemy. Wydaje mi się, że możemy znaleźć jakiś statek na Ostatnie Wyspy…
Ostatnie Wyspy były, zgodnie z nazwą, najdalszymi zakątkami zamieszkanymi przez ludzkość. Dalej nie było już nic — tylko Martwy Ocean i Wielkie Pustkowie. Ich cel.
— Nie — przerwała mu Ellain, przyspieszając i wyprzedzając go. — Płyniemy prosto na Pustkowie.
Dogonił ją.
— Ellain. Nikt nie zabierze nas na Pustkowie — mówił jak do małego dziecka i teraz naprawdę miała ochotę się obrazić. — Próbowałem wyjaśnić ci to wcześniej. Nawet na Ostatnich Wyspach będzie ciężko kogoś znaleźć…
— Zostaw to mi, Mike. Daj mi godzinę, a znajdę nam statek, który zabierze nas wprost do celu.
*
    Znalazła wreszcie idealny statek, który niewielkimi rozmiarami przypominał bardziej dużą łódź. Jego załoga najwyraźniej szykowała się do drogi, krzątając się po pokładzie. Wszyscy jej członkowie mieli ciemną skórę i wyglądali podobnie. Musieli być spokrewnieni.
    Ellain podeszła bliżej, żeby lepiej się przyjrzeć i wtedy zauważyła coś, co wcześniej przeoczyła. Przy starszym, siwiejącym mężczyźnie stała mała, może ośmioletnia dziewczynka w jasnoczerwonej sukience. Mogła być córką lub wnuczką mężczyzny. Przyglądała się Ellain szeroko otwartymi, ciemnymi oczami.
    Ellain uśmiechnęła się olśniewająco.
    — Dzień dobry — powiedziała w swoim najlepszym omiańskim. Nie wiedziała, jak zapytać o ich kurs, dlatego postanowiła improwizować. Wskazała na ich łódź.  — Gdzie? Szukam… transport.
    Mężczyzna przez chwilę przyglądał jej się, marszcząc brwi. Zaczęła już myśleć, że jej nie zrozumiał, kiedy odpowiedział.
    — Aztarr.
    Świetnie. Uśmiech Ellain poszerzył się.
    — Możemy z wami? Ja i mój… towarzysz.
Zmarszczka na czole kapitana pogłębiła się.
— Nie jesteśmy przystosowani do dodatkowych pasażerów — powiedział po
eggosku. 
— Ah, więc mówi pan po eggosku! — wykrzyknęła zadowolona Ellain. — To
wspaniale, tak będzie o wiele łatwiej. — Nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz używała swego ojczystego języka do rozmowy z kimś innym niż ze sobą. Wciąż jednak go pamiętała. — Nie musi się pan niczym przejmować. Ja i mój przyjaciel potrafimy o siebie zadbać. Weźmiemy własne zapasy. I zapłacimy. — Uśmiechnęła się najmilej jak potrafiła.
Kapitan zastanawiał się przez chwilę. Dziewczynka pociągnęła go za rękaw i coś do niego powiedziała, pokazując na Ellain. Mówiła po aztarrsku, dlatego kobieta nic z tego nie zrozumiała.
Aztarr… Nigdy tam nie była. Kilka niewielkich wysepek, określanych tą nazwą,
dawniej należało do Eggos. Wygląda jednak na to, że wyrwały się spod władzy większego państwa i zyskały niepodległość. Kolejne, co się zmieniło…
Chciałaby kiedyś popłynąć na Aztarr — ponoć było tam pięknie. Teraz jednak nie zamierzała tego robić — ta łódź miała zabrać ją jeszcze dalej, choć kapitan jeszcze o tym nie wiedział.
Mężczyzna westchnął.
— Być może znajdę dla was miejsce, jeśli zapłacicie i będziecie pracować. To gdzie ten pani towarzysz?
— Zawołam go! — powiedziała Ellain i pobiegła przekazać Mikkelowi dobre wieści.    
Nomida zaczarowane-szablony