sobota, 10 września 2016

Rozdział XII

    Anella wiele dałaby, żeby mieć w sobie tyle odwagi, co Dealla. Ale nie miała. Stała więc tylko w miejscu, niezdolna do poruszenia się, kiedy dziewczyna zawróciła i rzuciła się w stronę schodów.
    Nie zaszła daleko. Drogę zablokowała jej ściana, która nagle wyrosła z ziemi tuż przed nią. Dealla zatrzymała się jak wryta i obróciła. Jej twarzy była bledsza niż zwykle, ale oczy błyszczały wściekłością. Zacisnęła dłonie w pięści.
    Mężczyzna uśmiechnął się nonszalancko.
    — Drogie panie — powiedział. — Nie zachowujcie się głupio. Nie chcecie chyba, żeby coś stało się waszemu przyjacielowi?
    Zrobił krok w bok, ukazując im wnętrze pokoju, z którego właśnie wyszedł. A tam, na podłodze, leżał Sander. Nie poruszał się, zapewne był nieprzytomny. Anella nie mogła oderwać od niego wzroku, czując, jak łzy napływają jej do oczu.
    Serce dziewczyny biło tak głośno, że niemal zagłuszyło kolejne słowa mężczyzny.
    — Dobrze. Widzę, że się rozumiemy. Sarutt, zajmij się nimi — zwrócił się do kogoś w pokoju.
    Mężczyzna, który wyszedł z pokoju, z pewnością był Saruttem Jourassem. Niewysoki, chudy i, Anella musiała przyznać Dealli rację, o szczurzej twarzy. Zmrużył oczy, przyglądając się dziewczynom, a potem wzruszył ramionami.
    — Do pokoju — rzucił krótko.
    Anella zerknęła na Deallę, która zacisnęła usta i pokiwała głową. Dziewczyny posłusznie weszły do pokoju, choć Anella miała wrażenie, że zaraz się przewróci. Nogi trzęsły jej się tak bardzo, że ledwo mogła iść.
    Jak to się stało?, myślała. Przecież wszystko miało pójść dobrze. Wszystko szło dobrze. A potem...
    Nie wiedziała, jakim cudem jeszcze się nie rozpłakała. Łzy wzbierały się jej w oczach, grożąc, że w każdej chwili mogą się wydostać, ale tego nie zrobiły. Nawet, kiedy Sarutt związał jej ręce za plecami.
    Chciała błagać o litość i zrobiłaby to, gdyby tylko była w stanie wydobyć z siebie jakikolwiek odgłos. A potem straciła tę szansę, bo Sarutt przewiązał jej usta jakąś szmatą, skutecznie ją kneblując. To samo zrobił z Deallą i nieprzytomnym Sandrem.
    Rudowłosy mężczyzna — Dannel, jak przypuszczała Anella, choć nie mogła być pewna — przyglądał jej się z czymś, co mogło być rozbawieniem. I okrucieństwem. Jego spojrzenie sprawiło, że Anella zaczęła trząść się jeszcze bardziej.
    Dealla posłała jej spojrzenie, które zapewne miało być pocieszające, ale w rzeczywistości było po prostu przerażone. Dziewczyna bała się tak samo, jak ona, choć nie okazywała tego aż tak bardzo.
    I co teraz?, pomyślała Anella. Co nam zrobi? Raczej nie zamierzał ich zabić, w końcu mógł zrobić to wcześniej... Co w takim razie zamierzał? Zaciągnie nas do Oreall, zrozumiała. Zażąda, żeby go wpuścili, bo inaczej nas zabije.
    Ale w Oreall był Evas. A Dannel o tym nie wiedział.
    Ta myśl dodała jej odwagi. Evas nie pozwoli, żeby coś im się stało. Evas ich obroni. Evas pokona Dannela.
    Za bardzo na nim polegasz, upomniała samą siebie. Weź się w garść i sama coś zrób.
    Ale co mogła zrobić? Magia była w tym momencie bezużyteczna — Anella była zbyt przerażona, żeby jej użyć. Poza tym, co miałaby zrobić? Zaatakować? Nie, nie mogłaby. Nie mogłaby skrzywdzić drugiego człowieka, nawet w samoobronie. Nie po raz kolejny.
    Zamknęła oczy i pozwoliła, żeby szloch wstrząsnął całym jej ciałem. Była bezużyteczna. Żałosna. Jej przyjaciele byli w niebezpieczeństwie, a ona nie potrafiła nic zrobić. Czy miała prawo, żeby w ogóle nazywać się ich przyjaciółką? Nie zasługiwała na to.
    A potem nagle zapadła ciemność.

    Dannel spokojnie przyglądał się trójce nieprzytomnych. Nie stanowili dla niego większego zagrożenia, szczególnie związani i zakneblowani, ale ostrożności nigdy za wiele, dlatego też pozwolił Saruttowi pozbawić ich przytomności.
    Przez chwilę zastanawiał się, co z nimi zrobić. Sander powinien pozostać nieprzytomny — chociaż był idiotą, posiadał niebezpieczną zdolność, której Dannel już raz nie docenił i potem tego żałował. Nie popełni tego samego błędu po raz drugi.
    — Pilnuj, żeby się nie obudził — polecił Saruttowi, który tylko pokiwał głową. Nie należał do gadatliwych. Ale był posłuszny i lojalny. Tylko częściowo było to spowodowane tym, że Dannel wiedział, gdzie mieszka jego brzydka, ludzka córka. Naprawdę szkoda, że magia nie była dziedziczna.
    Dannel spojrzał na dziewczyny. Zapewne nie będzie z nimi żadnych problemów — wyglądały żałośnie, zanim Sarutt je uśpił, takie przerażone i bezradne. To było całkiem zabawne — Dannel niemal już zapomniał, jak przyjemny jest widok strachu w oczach bezbronnego przeciwnika. Dobrze było sobie o tym przypomnieć.
    Podejrzewał, że Dealla była bardziej niebezpieczna z tej dwójki. W końcu była Magiem Jednostkowym, a to groźna umiejętność, szczególnie w nieodpowiednich rękach. Ale najpierw dziewczyna musiałaby pokonać strach, który niewątpliwie ją paraliżował, a szanse na to były niewielkie, więc zapewne nie musiał się niczym martwić.
    Za to ta druga... Dannel nie wiedział, kim jest. Nie kojarzył jej zupełnie, przypuszczał, że była tym nowym magiem, o którym opowiadał mu Fex. Nie wiedział nawet, jakiego rodzaju magiem była, ale, sądząc po jej zachowaniu, raczej się to nie liczyło. Była jeszcze bardziej przerażona od Dealli.
    Wydawało mu się to śmieszne, że komuś takiemu udało się zranić Mikkela. I to dość poważnie.
    Zapłaci za to, obiecał sobie Dannel. Wleję jej czystą magię do gardła i zobaczymy, jak jej się to spodoba. Mała suka.
    Tymczasem postanowił, że będzie miał ją na oku. Mogła być bardziej niebezpieczna, niż się wydawało.

    Balli wcale nie podobało się to, że utknęła w jakiejś zapyziałej dziurze. Zapyziała dziura nosiła nazwę Gieal i znajdowała się tuż przy granicy Osnei z Ehailandem. Była niewielką wioską, liczącą jakieś sto mieszkańców, co sprawiło, że Balla natychmiast zwróciła na siebie uwagę, nie tylko za sprawą swojego zniewalającego wyglądu. W końcu zapewne nieczęsto mieli tutaj gości.
    Poprosiła jakąś miłą starszą parę o możliwość noclegu na jedną noc. Zgodzili się, oczywiście, choć podejrzewała, że powodem były raczej pieniądze, które im zaoferowała, niż ich dobre serca.
    Warunki były dalekie od idealnych, ale Balla starała się nie narzekać zbytnio. Dla Dannela mogła przeżyć to i o wiele więcej. Wiedziała, że mężczyzna z pewnością docenia jej poświęcenie.
    Celem Balli był tak naprawdę Ehailand, a konkretniej stolica owego kraju, Rimmold. Dziewczyna chętniej podróżowałaby, poruszając się pociągiem, ale Dannel jej tego zakazał. Nie była pewna, dlaczego, ale nie miała w zwyczaju kwestionowania jego rozkazów.
    Miała zamiar spędzić sobie miły i spokojny wieczór, ale okazało się, że to jednak nie będzie zbyt możliwe, kiedy przy kolacji starsza pani, której imienia Balla nawet nie starała się zapamiętać, powiedziała:
    — Rzadko się zdarza, żebyśmy mieli tutaj przejezdnych, ale żeby dwójkę jednego dnia... To chyba jakiś znak!
    Balla zamarła, a potem posłała kobiecie chłodne spojrzenie, które chyba na nią nie podziałało, bo nie zmieniła wyrazu twarzy.
    — Dwójka przejezdnych...? — mruknęła. — Kto jeszcze? Jak wyglądał? Kiedy tu był?
    Staruszka uśmiechnęła się.
    — Och, dopiero co tu przyjechał. Jakiś powóz, jadący do Shekrath, wiesz, tego miasta w Ehailandzie, zostawił go tutaj. Młody chłopak, może w twoim wieku. Zatrzymał się u starego Vaethiego.
    Balla pokiwała głową i do końca kolacji nie odzywała się, chyba że ją o coś zapytali. Ale nocą bez problemu wymknęła się z domu i ruszyła na poszukiwania. Musiała sprawdzić, kto ją śledził.
    Nie zaszła daleko. Chłopak wyszedł jej na spotkanie. Najwyraźniej jej oczekiwał. Rozpoznała go niemal natychmiast i wcale jej to nie zadowoliło.
    — Luten Raxell — powiedziała, zbliżając się do niego, ale zachowując bezpieczną odległość. — Czego tu szukasz?
    Uśmiechnął się na jej widok.
    — Ciebie, piękna — odparł, na co ona przewróciła oczami. Zalecał się do niej, kiedy jeszcze była w Oreall, choć był od niej o dwa lata młodszy. Był w zasadzie jeszcze dzieckiem. Choć, musiała przyznać, wyrósł na przystojnego chłopaka. Niestety, nie był Dannelem. No i stał po złej stronie.
    — Skąd wiedziałeś, że tu jestem? — Zmarszczyła brwi z niezadowoleniem.
    Wzruszył ramionami.
    — Ean ma swoje sposoby. Nie lubię faceta, ale, muszę przyznać, że wie, co robi. Posłał mnie za tobą, żebym cię zatrzymał. I skopał ci tyłek, zapewne.
    Przewróciła oczami. Skopał jej tyłek, jasne. Jakby był w stanie to zrobić. Była od niego znacznie silniejsza. Ale w porządku. Skoro tego właśnie chciał...
    Przybrała wyzywającą i pełną pogardy minę.
    — Doprawdy? W takim razie na co czekasz? — Uniosła jedną brew, przyglądając mu się uważnie.
    Odwzajemnił spojrzenie, ale się nie poruszył.
    — Uczono mnie, że damy mają pierwszeństwo. — Zastanowił się przez chwilę. — I uczono mnie też, że kobiet nie należy bić. — Prychnęła, słysząc jego słowa. Co za głupota. Ale dobrze, jeśli nie chciał jej bić, powinna bez problemu go pokonać... — Więc... Żegnam.
    Odwrócił się na pięcie i zaczął biec. Balla stała w miejscu, zbyt ogłupiała, żeby się poruszyć. Uciekał? Co za tchórz... Co za idiota. Otrząsnęła się i uśmiechnęła.
    Skoncentrowała swoją uwagę na ziemi, która zadrżała niebezpiecznie i po chwili Luten wylądował twarzą w piasku. Nie odbiegł zbyt daleko, ale szybko podniósł się i wznowił swój szaleńczy bieg. Musiała przyznać, że był szybki.
    Ale nie dość szybki. Ziemia znów zadrżała, pojawiły się w niej niewielkie szczeliny, szybko się rozszerzające i tym razem Luten musiał zwolnić, żeby nie paść ofiarą jednej z nich.
    Balla z satysfakcją patrzyła, jak chłopak uskakuje, próbując nie upaść. Zapewne powinna jednak patrzeć pod nogi, bo w momencie, kiedy wreszcie niemal go dogoniła, potknęła się i sama wylądowała na ziemi.
    Drżenie natychmiast ustało, zaś ona podniosła się, wściekła i upokorzona. Nie spojrzała nawet na to, o co się potknęła, ruszyła dalej biegiem za Lutenem, który dotarł już na otaczające wioskę pola.
    Tam, wreszcie, zatrzymał się, czekając na nią. Zawahała się, zwalniając. To mogła być pułapka. Nie. To z pewnością była pułapka. Próbował zwabić ją w to miejsce, dlatego uciekał.
    Zatrzymała się na skraju pola, żeby zastanowić się nad swoim kolejnym krokiem. Pozwoliła, żeby na jej twarzy pojawił się lekki uśmieszek i sięgnęła do swojej torby, wyciągając dwa sztylety. Owszem, miała magię, ale taka broń również była przydatna. 
    I wtedy jej ramię przeszył ból. Nie zdołała powstrzymać wrzasku, zarówno wściekłości, jak i bólu, bo, o Rakrze, co to był za ból. Jeszcze nigdy nie doświadczyła czegoś tak okropnego, czegoś tak nie do zniesienia, czegoś, co wręcz paliło jej wnętrze...
    Osunęła się na kolana, nie mogąc powstrzymać łez. Ból był jedynym, o czym potrafiła myśleć, cały świat wirował przed nią, a płuca niezdolne były do wzięcia oddechu. Miała wrażenie, jakby miała zaraz umrzeć i wtedy wszystko ustało.
    Okropne uczucie znikło tak nagle, jak się pojawiło. Oddychając ciężko, Balla uniosła się do pozycji klęczącej — nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że upadła. Ścisnęła mocniej sztylet, drugą dłoń przyciskając do piersi, próbując uspokoić szaleńczo łomoczące serce i oczyścić umysł.
    Co się stało? Nie była pewna. Wpadła w pułapkę, to było jasne, ale jak...
    Nie jest sam, zrozumiała, kiedy Luten podszedł do niej i kucnął na przeciwko, patrząc jej w twarz. Jego własna miała wyraz trudny do odczytania. Spojrzał ponad jej ramieniem i skinął lekko głową.
    Dłonie Balli zaczęły drżeć. Właściwie, to dziewczyna drżała już na całym ciele. Uspokój się, warknęła na siebie w myślach. Spróbowała skupić się, zmusić swoją magię do opuszczenia jej ciała, ale nie potrafiła. Nie rozumiała, co się działo.
    Spojrzała szeroko otwartymi oczami w twarz Lutena. Co on chce mi zrobić?, pomyślała z rosnącą paniką. Kto z nim jest? Rozejrzała się, ale nie dostrzegła nikogo. Dlaczego mi to robią? Co się dzieje?
    Nie mogła użyć magii. Bała się. To uczucie było dla niej obce. Nie towarzyszyło jej od dzieciństwa. Dlaczego teraz...?
    Luten wstał i pociągnął ją za ramię, podnosząc ją na nogi. Drżały, grożąc, że za chwilę się pod nią ugną. Pozwoliła, żeby ciągnął ją za sobą. Inaczej z pewnością by się przewróciła.
    Wtedy zauważyła drugą osobę. Była to kobieta, o ciemnej skórze i długich, prostych włosach. Mavalia Zalua. I Balla zrozumiała wszystko. Mavalia była Magiem Umysłowym. Wpływa na mnie, pomyślała dziewczyna. To przez nią się boję. To przez nią mnie bolało.
    Niezbyt rozumiała, jak dokładnie działa Magia Umysłowa. Nikt tak naprawdę nie rozumiał, pomijając tych, którzy nią władali. Ale to w tej chwili nie miało znaczenia.
    Musiała zużyć dużo magii, pomyślała Balla. Nie będzie kontrolować mnie długo. Ale kobieta, jak gdyby wyczuwając myśli Balli — a może w nich czytając — uśmiechnęła się przelotnie.
    I nagle Balla poczuła tak wielki przypływ strachu, że niemal znów upadła. Łzy zaczęły płynąć jej po policzkach, ciało zaczęło drżeć niczym liść na wietrze, a w jej umyśle pojawiły się najgorsze możliwe scenariusze, które mogły się rozegrać.
    Zabiją ją. Będą ją torturować, aż wyśpiewa im wszystkie sekrety Dannela, a potem ją zabiją. A jeśli tego nie zrobią, zrobi to sam Dannel, który nigdy nie wybaczy jej. Zawiedzie go. Już nigdy...
    Mimo strachu, poczuła nagłą wściekłość. Nie pozwoli na to. Nie mogła używać magii w tym stanie, ale to nie czyniło jej bezbronnej. I, żeby to udowodnić, wyrwała się Lutenowi i rzuciła na Mavalię, kiedy ta podeszła bliżej.
    Kobieta zachwiała się, ale nie upadła. Dłonie Balli sięgnęły do jej gardła, ale zostały odepchnięte. Pięść Mavalii trafiła ją w nos, co tylko ją rozjuszyło. Dziewczyna przywarła do kobiety i, starając się nie zważać na jej ciosy, sięgnęła do jej twarzy. A potem wbiła jej palec w oko.
    Mavalia wrzasnęła i Balla z satysfakcją poczuła, jak cały strach towarzyszący jej znika. Jej zadowolenie nie trwało jednak długo, bo Luten w dość bolesny sposób przypomniał jej o swojej obecności.
    Nie była pewna, co dokładnie się stało, ale nagle spadło z nieba, uderzając ją w ramię z potężną siłą. Jęknęła, puszczając Mavalię, która opadła na ziemię. Kiedy Balla odwróciła się w stronę Lutena, gotowa zaatakować, oślepił ją nagły błysk światła.
    Balla kucnęła — światło zdawało się otaczać ją ze wszystkich stron. Cholerny Luten, warknęła w myślach, przeklinając jego Magię Tworzącą. Walka z takimi była zawsze niebezpieczna — w końcu był w stanie stworzyć wszystko, o ile nie było to żywe.
    Ale Luten nie był anomalią. Nie miał zbyt dużo magii, a z pewnością nie więcej, niż ona. Była przecież starsza. Dlatego nie mógł pozwolić sobie na stworzenie czegoś bardziej skomplikowanego.
    Rzuciła się w jego stronę, kiedy blask zaczął przygasać. Chłopak zrobił kilka kroków w tył, następnie upadł pod jej ciężarem. Zacisnęła mu dłonie na gardle, ale coś chwyciło ją za nogę, ciągnąc do tyłu.
    Ból, który poczuła chwilę potem, przyćmił niemal wszystko, ale nie trwał długo. Mavalia musiała dojść do siebie, ale jej magia z pewnością była już na wyczerpaniu. Mimo to...
    Niech ich szlag, pomyślała Balla. Muszę się stąd wynosić. Nie mogła walczyć przeciwko im obojgu.
    Zerwała się na równe nogi, z rozmachem kopnęła Lutena w twarz i ruszyła biegiem w stronę wioski. Kręciło jej się w głowie — skutek tego, że Mavalia mieszała jej w głowie — ale udało jej się uciec.
    Uciekała jak jakiś tchórz. Prawie się za to nienawidziła. Ale tak naprawdę nie miała innego wyjścia. Zginęłaby, gdyby została. Albo przynajmniej poważnie ucierpiała. Dannel z pewnością by tego nie chciał.
    Miała nadzieję, że nie będzie nią rozczarowany. 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Coś krótkie te rozdziały ostatnio piszę :/ Mam nadzieję, że nie będziecie mną rozczarowani :D

4 komentarze:

  1. No to się podziało… Nie dość, że zostali uwięzieni to jeszcze przez samego Dannela. Nie wydaje mi się, żeby miał zamiar ich wypuścić, oni sami też nie wyglądają na zdolnych do walki, więc cala nadzieja w osobach trzecich. Ciekawa jestem, jak się to potoczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie mi ciężko, tyle mogę powiedzieć :D

      Dziękuję za komentarz^^

      Pozdrawiam,
      ellain.

      Usuń
  2. No, wiele się dzieje i naprawdę fajnie się czytało, choć to, że nie pamiętam, kto jest kim, mocno utrudniało mi czytanie. Naprawdę... Ale to już mój problem z niepamiętaniem imion bohaterów!
    Weny, czasu i sprawnego kompa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ^^ Obawiam się, że jest też w tym trochę mojej winy, w końcu bohaterów dość sporo tu jest. Niby mam w planach zrobienie jakiejś zakładki z bohaterami, ale lenistwo mi nie pozwala :D

      Pozdrawiam ^^

      Usuń

Każdy komentarz to dodatkowa motywacja do pisania zatem, jeśli czytasz - skomentuj. Choćby i jednym zdaniem.

Obserwatorzy