niedziela, 16 października 2016

Rozdział XIV

    Anella otworzyła niepewnie oczy i natychmiast zamknęła je z powrotem, gdyż cały śwat zdawał się wirować wokół niej. Głowa zaś bolała ją niemiłosiernie. Dziewczyna poruszyła się lekko, co tylko spotęgowało jej okropne samopoczucie.
    Miała mętlik w głowie. Gdzie była? Co się stało? Pamiętała, że szła z Deallą, żeby spotkać się z Sandrem w tej gospodzie, w której go zostawiły, a potem... A potem co? Nie potrafiła sobie przypomnieć, a narastający ból głowy wcale nie pomagał.
    Najdziwniejsze było jednak to, że, poza zawrotami głowy, które powoli ustępowały, czuła się... spokojnie. Była zrelaksowana, wypoczęta. Nie bała się, choć powinna panikować, biorąc pod uwagę fakt, że nie wiedziała, gdzie jest. Ta myśl zmusiła ją do ponownego otworzenia oczu. Coś było nie tak.
    Na przeciwko niej siedział mężczyzna. W pierwszej chwili nie potrafiła go rozpoznać, ale potem jej umysł zaczął powoli się rozjaśniać. Jasne włosy, zielone oczy, szczurza twarz, dziwne imię. Sarutt Jourass.
    Fala wspomnień opłynęła nią, a wraz z nią przyszła panika. Serce Anelli podwoiło tempo swojego bicia, kiedy dziewczyna przypomniała sobie, co się stało. Dannel ich porwał. Zamierzał użyć ich, by dostać się do Oreall. Byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a ona, jak zawsze, nie potrafiła nic zrobić.
    A potem nagle wszystko się uspokoiło. Anella zrelaksowała się i rozejrzała. Siedziała w poruszającym się powozie. Miała związane dłonie, ale poza tym była wolna. Obok niej siedziała Dealla, zaś po drugiej stronie Sander. Oboje byli nieprzytomni i związani. Ten widok powinien był ją zaniepokoić, ale tego nie zrobił. Jakaś maleńka część umysłu dziewczyny próbowała powiedzieć jej, że coś jest nie tak, ale zignorowała ją i skupiła uwagę na Sarutcie.
    — Spokojnie — wyszeptał mężczyzna. — Musisz mi pomóc. — Miał ciężki do zrozumienia akcent, Anella ledwo była w stanie go zrozumieć.
    Pomóc mu? Co miał na myśli? Dziewczyna otworzyła usta, chcąc zapytać, i odkryła, że nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Panika znów niemal ją ogarnęła, zanim zmył ją nagły przypływ spokoju.
    Sarutt wyjrzał przez okno powozu, a potem pochylił się ku niej. W jego zielonych oczach widniały ślady z trudem tłumionego strachu.
    — Ja też ci pomogę. Ale musisz współpracować. Rozumiesz?
    Dlaczego?, chciała zapytać, ale nie mogła, więc tylko spojrzała mężczyźnie w oczy, unosząc lekko brwi. Nic nie rozumiała.
    — Dobrze — wyszeptał Sarutt, najwyraźniej rozumiejąc, że żądała odpowiedzi. — Wyjaśnię ci. Kiedyś, na samym początku, popierałem Dannela. Byłem wśród tych, którzy odeszli razem z nim z Oreall. Sądziłem, że miał rację — że my, jako magowie, jesteśmy lepsi od innych ludzi. Że to my powinniśmy rządzić światem. — Zerknął w bok, wyraźnie zawstydzony. — Ale potem zmieniłem zdanie. Ja... — zawahał się, na jego twarzy pojawiła się niepewność. — Poznałem kogoś. Młoda kobieta, bardzo piękna i o dobrym sercu. Spotkaliśmy się przypadkiem i szybko połączyło nas coś więcej. Ale ona była tylko zwykłym człowiekiem. Pomogła mi zrozumieć, że my, magowie, wcale nie stoimy ponad tymi, którzy nie zostali obdarzeni magią. — Westchnął ze smutkiem. — Ale w końcu Dannel się dowiedział. Nie wiem, co się z nią stało. — Pokręcił głową. — Być może już jest martwa. Ale nasza córka ciągle żyje. I Dannel o tym wie. Zagroził, że jeśli nie będę wysłuchiwał jego rozkazów, zabije ją. Nie mogę na to pozwolić. — W jego oczach rozbłysła determinacja. — Ale nie mogę też pozwolić, żeby Dannelowi udało się przejąć Oreall. Muszę go zatrzymać. Zginie o wiele więcej niewinnych osób, jeśli mu się uda. Rozumiesz to? — Kiedy pokiwała głową, kontynuował: — Pomogę wam uciec, ale Dannel nie może się o tym dowiedzieć. Kiedy zatrzymamy się pod bramą Oreall, któreś z was będzie musiało pozbawić mnie przytomności. Potem uciekajcie do miasta — nie wdawajcie się w walkę z Dannelem, nie macie z nim żadnych szans. Po prostu uciekajcie — w Oreall będziecie bezpieczni.
    Czy to mogła być prawda? Czy Sarutt naprawdę chciał im pomóc? A może to była pułapka? W głowie Anelli panował chaos, dziewczyna nie potrafiła pozbierać swoich myśli. Wiedziała jednak, że musiała skorzystać z tej okazji. Być może była to jej jedyna szansa na ucieczkę. Jedyna szansa, żeby ostrzec tych, którzy zostali w Oreall. Musiała to zrobić.
    Pokiwała głową, choć niepokój wcale nie ustępował. Sarutt za to wyglądał, jakby mu ulżyło. Usiadł wygodniej i uśmiechnął się lekko z zadowoleniem. Anella przyjrzała mu się uważnie. Czy ją kontrolował? Czy to przez niego czuła się tak dziwnie? Czy jako Mag Jednostkowy mógł robić coś takiego? Wiedziała, że nie powinna mu ufać i nie miała zamiaru tego robić.
    Dealla jęknęła cicho i poruszyła się. Anella zerknęła na nią. Dziewczyna otworzyła oczy i rozejrzała się. Powoli, na jej twarzy zakwitała panika. Dealla wyprostowała się i spróbowała zerwać na równe nogi, ale najwyraźniej nie była w stanie. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Chwilę potem na jej twarzy pojawił się spokój.
    Anella posłała jej spojrzenie, które, jak miała nadzieję, było uspokajające. Ale Dealla nie wyglądała już, jakby tego potrzebowała. Wydawała się być zrelaksowana. Najwyraźniej na nią również wpływała magia Sarutta.
    Sarutt pokrótce wyjaśnił jej sytuację, jednak tym razem nie opowiedział swojej historii. Anella nie słuchała zbyt uważnie — pozwoliła sobie za to zastanowić się nad nią. Gdyby wcześniej miała jakieś wątpliwości, co do tego, czy Dannel faktycznie była tak zły, jak mówiono — a nie miała — teraz upewniłaby się co do tego. Jak okrutnym człowiekiem trzeba być, żeby grozić małemu dziecku? To tylko sprawiało, że Anella jeszcze bardziej obawiała się konfrontacji z Dannelem.
    Będziesz musiała to zrobić, powiedziała sobie w myślach z zaskakującą pewnością. Jeśli chcesz uciec, będziesz musiała zaryzykować. Jeśli stchórzysz, wszyscy zginiecie. W innych okolicznościach, ta myśl odebrałaby jej całą odwagę. Teraz jednak sprawiła tylko, że dziewczyna poczuła się bardziej zdeterminowana. Czy to nadal była magia Sarutta, czy też naprawdę się tak czuła?
    I wtedy zauważyła, że Sander przygląda jej się spod przymkniętych powiek. Uśmiechnął się lekko, kiedy zdziwiona zamrugała i otworzyła usta. Przez chwilę nie rozumiała, a potem to do niej dotarło. Wcale nie był nieprzytomny. To nie Sarutt manipulował jej emocjami — to był Sander. Ta świadomość sprawiła, że cały niepokój, który do tej pory odczuwała, zniknął bez śladu. W porządku, nie miała się czego obawiać. Sander nic złego jej nie zrobi.
    Mężczyzna zamknął oczy i wrócił do udawania nieprzytomnego. Dopiero po jakimś czasie „obudził się” i przeciągnął, ziewając. Jak dla Anelli, było to aż nazbyt teatralne, ale Sarutt nie sprawiał wrażenia, jakby coś podejrzewał.
    Nadal nie oddał im ich głosów. Może gdyby to zrobił, Anella byłaby gotowa mu zaufać. Ale tak... Nie miała pojęcia, dlaczego nie pozwolił im mówić. Czy bał się, że w jakiś sposób dadzą znać Dannelowi, że się obudzili? Przecież to byłaby głupota. Ale może wolał być po prostu ostrożny.
    Anella nie wiedziała, ile czasu spędziła, wpatrując się w poruszający się krajobraz na oknem i rozmyślając, ale nagle poczuła, jakby coś ją opuszczało. Nie była pewna, co to takiego, ale kiedy odruchowo spróbowała się odezwać, z jej ust wydobył się dźwięk.
    — Co—? — urwała gwałtownie, zaskoczona. Czyżby Sarutt postanowił oddać jej głos?
    Ostre spojrzenie, które jej posłał, skutecznie ją uciszyło. Chociaż na usta cisnęły jej się setki pytań, wiedziała, że musiała milczeć, by nie zostać wykrytą przez Dannela.
    — Prawie skończyła mi się magia — wyszeptał wyjaśniająco Sarutt. — Musiałem was puścić. Bądźcie cicho. Już prawie jesteśmy na miejscu.
    Faktycznie, po chwili powóz zaczął zwalniać, w przeciwieństwie do serca Anelli, którego bicie znów przyspieszyło. Jej dłonie zaczęły obficie się pocić, a ona sama poczuła chęć, by stać się niewidzialną. Już za chwilę, pomyślała. Zalała ją fala wątpliwości.
    To się nie uda. Nie dam rady uciec. Jestem słaba i powolna. A jeśli się potknę? Dannel szybko mnie złapie. Sander i Dealla uciekną, a on mnie zabije...
    Nie, to było niesprawiedliwe. Nie powinna myśleć w ten sposób. Sander i Dealla nie byli złymi osobami. Nie zostawiliby jej, gdyby Dannel ją złapał. Nie, spróbowaliby ją uratować i sami przy tym zginęli... Anella nienawidziła się za takie myślenie, ale był to najbardziej prawdopodobny scenariusz. Zginą przeze mnie, pomyślała i skuliła się na siedzeniu, próbując powstrzymać drżenie.
    I udało jej się, ku jej zdziwieniu. Wzięła kilka głębokich wdechów, a bicie jej serca uspokoiło się. Nie martw się, powiedziała sobie. Wszystko będzie dobrze. Uciekniecie bez problemów. Musisz tylko w siebie uwierzyć.
    Chciałaby, żeby to było takie proste. Żeby nie wymagało magii Sandra — której najpewniej znów używał, żeby ją uspokoić. Chciałaby być po prostu odważna, przestać bać się wszystkiego.
    Kiedy powóz zatrzymał się, Anella mogłaby przysiąc, że jej serce zrobiło to samo. Była tak zdenerwowana, że miała ochotę zwymiotować.
    Sarutt pochylił się do nich i wyszeptał:
    — Dobrze. Teraz ktoś z was musi pozbawić mnie przytomności. Szybko.
    Reszta wymieniła niepewne spojrzenia. Najwyraźniej żadne z nich nie chciało tego zrobić, łącznie z Anellą. Nie czułaby się dobrze z wykorzystaniem swojej magii, by skrzywdzić drugiego człowieka — nawet, jeśli on sam o to prosił. Poza tym, nie wiedziała nawet, jak mogłaby to zrobić. Była w końcu Magiem Manipulującym, nie Jednostkowym.
    — Dobrze — wyszeptała w końcu Dealla. Anella zerknęła na nią — dziewczyna była bledsza niż zwykle, a jej szeroko otwarte oczy wyrażały tylko strach. Zamknęła je i wzięła kilka głębokich oddechów. — Zrobię to. Usiądź wygodnie.
    Sarutt odetchnął i usiadł w wygodniejszej pozycji. Dealla wyciągnęła lekko drżącą dłoń i położyła mu ją na czole. Mężczyzna zamknął oczy i po zaledwie sekundzie jego głowa opadła na bok.
    Dealla nie zwlekała. Natychmiast otworzyła drzwi powozu, wyskakując na zewnątrz i znikając gdzieś w mroku nocy. Sander podążył za nią, rzucając wcześniej Anelli jedno spojrzenie. Dziewczyna nie potrafiła go odczytać, ale wiedziała, że to nie czas, by się zastanawiać. Niezdarnie opuściła pojazd i zaczęła biec w kierunku, który, miała nadzieję, prowadził do Oreall.
    Ze zdumieniem odkryła, że nie czuła się tak źle, jak oczekiwała. Trening z Evasem zrobił swoje, pomyślała z niemałą satysfakcją, kiedy zaczęła doganiać Deallę. Sandra nie było nigdzie widać, pewnie już je wyprzedził. I dobrze, przynajmniej on się uratuje.
    Coś jednak było nie tak. Panowała zbyt duża ciemność — na niebie nie było nawet śladu po gwiazdach, czy księżycu, a w dali wcale nie rysowały się mury Oreall. Mimo to, Anella nie zwolniła.
    Już po chwili zaczęła się męczyć, jej nogi przeszył ból, a w płucach brakowało powietrza. Mimo to, starała się nie zwalniać. Musiała uciec. Nie mogła się poddać. Jeśli Dannel ją złapie, wszyscy zginą.
    Nie wiedziała, jak długo biegła, ale do rzeczywistości przywrócił ją krzyk. Spróbowała się zatrzymać i obrócić, ale potknęła się i upadła. Zaraz potem rozkaszlała się gwałtownie, nie mogąc złapać oddechu. Łzy napłynęły jej do oczu.
    Spróbowała się podnieść, ale zmęczenie znów zwaliło ją z nóg. Zawiodłam, pomyślała, oddychając ciężko. A potem przypomniała sobie o krzyku, który usłyszała i z niepokojem rozejrzała się w poszukiwaniu Dealli. To musiała być ona.
    — Dea? — zawołała Anella zachrypniętym, drżącym głosem. Nie doczekała się odpowiedzi, a przynajmniej nie takiej, jakiej się spodziewała.
    — Myśleliście, że mi uciekniecie, co? — odezwał się Dannel, pojawiając się obok niej znikąd. W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, zabarwione lekko tłumionym gniewem. Anellę przeszedł dreszcz.
    Dziewczyna krzyknęła zaskoczona i spróbowała się cofnąć. Nie mogła się poruszyć — znikąd pojawiły się sznury, czy też coś, co je przypominało, i spętały ją. Do oczu znów napłynęły jej łzy, a potem popłynęły po policzkach. To koniec, pomyślała. Teraz zginę.
    Nie chciała poddawać się bez walki — spróbowała użyć magii na sznurach, ale bezskutecznie. Była zbyt przerażona perspektywą nadchodzącej śmierci, żeby cokolwiek zrobić.
    Dannel krzyknął nagle i opadł na kolana, przykładając dłonie do głowy. Zbyt ogłupiała, żeby coś zrobić, Anella niemal straciła szansę na ucieczkę. Ale wtedy poczuła nagły przypływ odwagi i zrozumiała. Sander. W tej ciemności jego ciemna skóra dawała mu przewagę — z łatwością mógł się ukryć.
    Nie traciła czasu na zastanawianie się, co dokładnie zrobił Dannelowi — skupiła się i przelała swoją magię do sznurów, każąc im się rozwiązać. Kiedy tylko opadły, wstała i na chwiejnych nogach ponowiła bieg.
    — Anella! — zawołał Sander, podążyła więc w stronę źródła głosu. Mężczyzna wybiegł jej na spotkanie. Ledwo była w stanie go zobaczyć, ale wyglądało na to, że nic mu nie było. — Nie mogę utrzymać was dwojga na długo. Muszę kogoś puścić.
    Anella wahała się tylko przez chwilę.
    — Jego — powiedziała. Lubiła tę pewność siebie, którą dawała jej moc Sandra i potrzebowała odwagi, by móc stawić czoła Dannelowi. Jakoś sobie poradzimy, pomyślała optymistycznie. — Co mu zrobiłeś?
    — Wysłałem w jego umysł bardzo głośny krzyk — odparł. — Naprawdę bardzo głośny. Powinien być ogłuszony jeszcze przez chwilę. Już kiedyś tak zrobiłem, jak walczył z Evasem... — urwał i pokręcił głową, a potem rozejrzał się. — Widzisz gdzieś Deallę?
    — Nie. — Zastanowiła się. Sander, ten miły, przyjazny, dobry Sander, użył właśnie magii, żeby kogoś skrzywdzić. To nią wstrząsnęło — i zapewne wstrząsnęłoby jeszcze bardziej, gdyby nie to, że była pod wpływem jego mocy. Nie spodziewała się po nim czegoś takiego. — Jak mogłeś coś takiego zrobić? — wyszeptała, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Spojrzał na nią pytająco. — Skrzywdziłeś go. To znaczy, on pewnie by nas zabił, więc nie winię cię, ale i tak... Przecież to jest złe.
    Sander zmarszczył lekko brwi.
    — Wiesz, nie wydaje mi się, żeby to było złe. Nie zrobiłem tego, żeby go skrzywdzić, tylko żeby cię uratować. Wydaje mi się, że to chyba robi jakąś różnicę.
    Anella po prostu pokiwała głową, wiedząc, że nie mają czasu na dyskusję. W myślach przyznała, że możliwie miał rację. Ale nie była pewna, czy sama zdobyłaby się na coś takiego, gdyby sytuacja tego wymagała.
    Przeraźliwy krzyk rozdarł powietrze, przerywając wszelkie rozważania. To bez wątpienia był krzyk Dealli i sprawił, że serce Anelli niemal się zatrzymało. Dziewczyna rozejrzała się w poszukiwaniu przyjaciółki.
    — Dea?
    — Jeśli ją chcecie, przyjdźcie — rozległ się głos Dannela, zaskakująco blisko nich.
    Prowokacja była oczywista, ale Sander zareagował.
    — Gdzie jesteś? Proszę, nie musisz tego robić. — Położył dłoń na ramieniu Anelli i ścisnął je lekko. Dziewczyna poczuła, jak opuszcza ją cała odwaga, zaczęła drżeć niekontrolowanie. — Możemy porozmawiać. Proszę.
    — Jeszcze jedna z twoich sztuczek i dziewczyna zginie.
    Anella otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć — błagać o litość — ale zamiast tego wydobył się z nich cichy jęk. Znów zamieniła się w tą przerażoną, trzęsącą się dziewczynkę i nienawidziła się za to. Zrób coś, nakazała sobie. Zginiecie, jeśli czegoś nie zrobisz.
    Sander uniósł ręce w poddańczym geście.
    — Obiecuję, że nic nie zrobię. Ale, proszę, nie rób jej krzywdy.
    Ciemność wokół nich zaczynała blaknąć. Po chwili całkiem zniknęła i Anella odkryła, że tak naprawdę byli już prawie w Oreall. W którymś momencie musieli przejść przez pierwszą bramę, a następnie zgubić się gdzieś pod drugą. Otaczające ich budynki wyglądały identycznie, z tą różnicą, że te były puste.
    Dannel i Dealla stali nieopodal. Mężczyzna trzymał dziewczynę za ramię, ta zaś zwisała bezwładnie, a krew spływała z jej boku i kapała na ziemię. Widok ten zmroził Anellę. Och, Dea, pomyślała z przerażeniem. To wszystko moja wina. Gdybym tylko nie uciekła...
    Sądziła, że Dealla była nieprzytomna, ale się myliła. Kiedy Dannel uśmiechnął się z arogancją i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, poruszyła się. Nie zrobiła nic takiego — po prostu położyła dłoń na klatce piersiowej mężczyzny, ale ten wrzasnął i puścił ją.
    Dealla w kilku długich krokach dopadła ich i bezwładnie padła w ramiona Sandra, oddychając ciężko. Anella miała nadzieję, że jej rana nie była zbyt poważna, i że dziewczyna się z tego wyliże, ale jej pesymistyczna natura podpowiadała, że tak nie będzie.
    Zerknęła na Dannela. Na jego piersi, w miejscu, w którym dotknęła go Dealla, widniała rana, przypominająca oparzenie. Oparzyła go, uświadomiła sobie Anella i prawie się uśmiechnęła, choć widok ten, jak i sam czyn, napawały ją odrazą. Może nie będzie tak źle, pomyślała. Może damy mu radę.
    — Chodźmy — rzucił Sander, przerzucając sobie ledwie przytomną Deallę przez ramię. — Musimy uciekać.
    Anella pokiwała głową. Korzystając z tej krótkiej chwili, kiedy Dannel był rozproszony, ruszyli biegiem pomiędzy budynki. Dziewczyna nie miała pojęcia, gdzie się znajdowali ani jak mieli dostać się do Oreall. W tej chwili bardziej martwił ją jednak fakt, że Dannel był tuż za nimi.
    Mężczyzna szybko pozbierał się po ataku Dealli i teraz wyglądał na rozwścieczonego. Oglądając się na niego, Anella popełniła błąd i potknęła się. Wylądowała na kolanach, boleśnie je sobie obdzierając.
    Sander zatrzymał się i obrócił w jej stronę z przestrachem na twarzy.
    — Uciekaj! — krzyknęła Anella, ponaglając go gestem.
    Obejrzała się na Dannela i przełknęła ślinę. Mężczyzna zbliżał się nieubłaganie. A potem spojrzała na budynek, przy którym klęczała. I wpadł jej do głowy pomysł.
    Położyła dłonie na kamieniu i zamknęła oczy. Miała mało czasu, wiedziała o tym, dlatego skupiła się najlepiej, jak potrafiła. Przelała swą magię w kamienie i poczuła, jak moc ją opuszcza.
    Budynek zadrżał. Anella zerwała się na nogi i — pomimo bólu — ruszyła biegiem w stronę Sandra i Dealli.
    Teraz, pomyślała i, za jej plecami, budynek powoli zawalił się, wzbijając w powietrze tumany ziemi i pyłu. Podłoże zadrżało i Anella nie była w stanie utrzymać się na nogach. Poleciała prosto przed siebie i boleśnie uderzyła o ziemię. Odebrało jej to dech.
    Kiedy pył wreszcie opadł, rozkaszlała się i przetarła załzawione oczy, podnosząc się na kolana. Bolało ją całe ciało, ale chyba nic się jej nie stało. Oddychając ciężko, rozejrzała się.
    Strach ścisnął jej serce, kiedy nie zauważyła ani śladu po Sandrze i Dealli. A co jeśli im się coś stało? Przeze mnie? A co, jeśli przez przypadek ich zabiłam? Ta myśl przeraziła ją tak bardzo, że dziewczyna nie była w stanie się poruszyć. Chwilę potem uświadomiła sobie, że, używając magii w ten sposób, mogła zrobić Dannelowi poważną krzywdę.
    Przypomniała sobie wcześniejsze słowa Sandra — że zrobiła to, żeby ich ratować, a nie, żeby go skrzywdzić, ale wcale nie poczuła się lepiej. Czy dobre intencje naprawdę się liczyły, jeśli ktoś zginął?
    Niedaleko niej rozległ się kaszel. Anella rozejrzała się, częściowo z nadzieją, częściowo z przestrachem. Serce niemal podeszło jej do gardła.
    — Anella? — odezwała się Dealla słabym, drżącym głosem. — Sander?
    Anella niemal zemdlała z ulgi. Na chwiejnych nogach podeszła do źródła głosu.
    Dealla leżała na plecach, szklistymi oczami wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Na jej ustach pojawił się lekki uśmieszek, kiedy Anella pochyliła się nad nią z troską.
    — Ach, żyjesz. To dobrze. Skopałaś mu tyłek, co?
    Anella zaczerwieniłaby się lekko, gdyby nie przerażenie, które stopniowo coraz bardziej ją ogarniało. Rana Dealli nie wyglądała dobrze, a ona nie miała pojęcia, co z nią zrobić. Powinna jakoś zatamować krwawienie, prawda?
    Przycisnęła drżącą dłoń do boku dziewczyny, próbując powstrzymać odruch wymiotny. Nienawidziła widoku krwi, a sama myśl o tym, że musiała jej dotykać...
    — Dźgnął mnie czymś — powiedziała Dealla. — Nie wiem, co to było. — Ku zdumieniu Anelli, brzmiała na całkiem spokojną. Jakby nic jej nie bolało. Podziwiała ją za to. Ja pewnie bym panikowała, pomyślała. — Gdzie jest Sander?
    Anella rozejrzała się z obawą, że zobaczy gdzieś leżące ciało przyjaciela, ale nic takiego nie spostrzegła. Mimo to, jej niepokój nie zniknął. Kto wie, co mu się stało...
    — Nie wiem...
    — Dziewczyny?! — W tym samym momencie rozległ się głos Sandra i Anella niemal się rozpłakała. Żył. Wszyscy żyli.
    — Jesteśmy! — zawołała Anella, po chwili uświadamiając sobie, że to mogło być błędem. Co, jeśli Dannel czaił się gdzieś w pobliżu i tylko czekał, aż ujawnią swoją pozycję?
    Sander wyłonił się z ciemności i podszedł do nich niezręcznie. Kulał na lewą nogę i Anella poczuła przypływ wyrzutów sumienia. To była jej wina. Gdyby nie rozwaliła tego budynku, nic by się mu nie stało... Chyba że złapałby ich Dannel. Wtedy pewnie by zginęli.
    — Wszystko w porządku? — zapytał mężczyzna, klękając przy Dealli.
    — Jasne — odparła dziewczyna, uśmiechając się. Spróbowała usiąść i udało jej się, z pomocą Anelli. Oparła się o nią. — Bycie Magiem Jednostkowym bywa użyteczne.
    Wtedy Anella zrozumiała jej zachowanie. Uśmierza swój własny ból, pomyślała z zazdrością i podziwem jednocześnie.
    — Musimy stąd iść — powiedziała. Zerknęła na Sandra i zaczerwieniła się lekko. — Dziękuję — powiedziała.
    Zrobił zdziwioną minę.
    — Za co?
    — Za pomoc. Gdybyś nie zrobił mnie odważną, nie mogłabym zatrzymać Dannela — wyjaśniła, czując się zawstydzona, że w ogóle takiej pomocy potrzebowała.
    Słowa Sandra zaskoczyły ją.
    — Kiedy rozwaliłaś ten budynek? Przecież nie byłaś wtedy pod moją kontrolą. Sama wtedy to zrobiłaś.
    Zamarła. Co? Sama użyła magii? Bez niczyjej pomocy? W takiej sytuacji? Przecież była taka przerażona... Jakim cudem coś takiego mogło się stać? Czy naprawdę udało jej się pokonać strach, nawet na kilka sekund?
    Nie potrafiła się z tego cieszyć. Jeśli Dannel przez nią zginął, już nigdy nie użyje magii. Jeśli go zabiła, już nigdy nie będzie w stanie spojrzeć na samą siebie. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Miała przecież nie używać magii do czynienia zła.
    Z pomocą Sandra udało jej się postawić Deallę na nogi. Anella nie była pewna, która z nich drżała bardziej. Zdołali zrobić tylko kilka kroków, zanim zorientowali się, że coś było nie tak.
    Mur, który nagle wyrósł przed nimi, pojawił się dosłownie znikąd. W jednej chwili go nie było, w drugiej otaczał ich ze wszystkich stron. Nie było możliwości ucieczki.
    Dannel stał pod jedną ze ścian. Przyglądał się Anelli zmrużonymi oczami. Część jego twarzy zalana była krwią, a rana na piersi wciąż wyglądała paskudnie, ale poza tym wyglądało na to, że nic mu nie było.
    Nie zabiłam go, pomyślała Anella z ulgą, chwilę potem zdając sobie sprawę, jak absurdalne uczucie to było. Ale jednak. Jakaś mała część jej cieszyła się, że jeszcze nie jest morderczynią.
    — No dobrze — powiedział Dannel. — Chciałem potraktować was łagodnie, ale chyba nie mam wyjścia. — Podszedł bliżej, oni zaś cofnęli się pod samą ścianę. — Muszę dać wam nauczkę. Potrzebuję kogoś żywego, żeby wpuścili mnie do miasta, ale muszę też pokazać, że mówię poważnie. Że zabiję kogoś z was, jeśli tego nie zrobią. Czemu więc nie zacząć już teraz?
    Anella była zbyt przerażona, żeby się ruszyć. Szybko zerknięcie na pozostałych uświadomiło jej, że oni też się bali. Oczy Sandra były szeroko otwarte, a wszelki kolor odpłynął z twarzy Dealli. Nie używała już magii — była zbyt przestraszona. Ból, który czuła z powodu rany, musiał tylko pogarszać sprawę.
    Nagle Anella poczuła potężne pchnięcie w plecy i poleciała do przodu, ciągnąc Deallę za sobą. Wylądowała tuż przed Dannelem i, trzęsąc się, podniosła się do klęczącej pozycji.
    Zabije mnie, pomyślała. Za to, co mu zrobiłam. To już koniec, tym razem na pewno. Nawet nie błagała — uświadomiła sobie, że z tym mężczyzną byłoby to bezcelowe.
    Dannel nie sięgnął po nią, jak się obawiała. Zamiast tego zrobił coś gorszego. Chwycił Deallę za włosy i podniósł ją do pozycji stojącej. Przyglądał się jej przez chwilę, a ona jemu — z nienawiścią i strachem w oczach.
    — Tak — powiedział mężczyzna. — Myślę, że na to zasługujesz.
    W jego dłoni zmaterializował się kamień, czy też coś, co wyglądało, jak kamień. Wydawał się duży i ciężki.
    Dealla nie wydała żadnego dźwięku, kiedy przedmiot uderzył ją w twarz raz, a potem drugi. A potem trzeci. Anella wrzasnęła przeraźliwie, kiedy krew jej przyjaciółki ochlapała ją.
    Zakryła sobie usta dłońmi, ale nie mogła przestać krzyczeć. Spróbowała się cofnąć i przewróciła się, nie mogąc oderwać wzroku od sceny przed nią. Jakaś część jej nie wierzyła w to, co się działo. Inna była dziwnie pusta, nie czuła niczego.
    Kiedy bezwładne ciało Dealli, z której twarzy nic już nie zostało, opadło na ziemię, Anella stwierdziła, że wcale nie chciałaby umrzeć. Wolałaby nigdy się nie urodzić. 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Najwyższy czas, żeby ktoś zginął :D Napisanie tego rozdziału zajęło mi wieki i nie do końca jestem zadowolona z efektu, ale spodziewałam się, że będzie gorzej.

2 komentarze:

  1. Po przeczytaniu tego rozdziału totalnie znielubiłam Anellę. Lubię dobre bohaterki, które nie chcą krzywdzić innych ludzi, ale to, co prezentuje Anella to totalna przesada. Rozumiem, że bycie morderczynią to nie jest powód do dumy, ale na Boga! Sander ją uratowal, a ona myślała tylko o tym, że użył magii, by skrzywdzić jej oprawcę. Miałam nawet wrażenie, że potrafiłaby go za to zbesztać, gdyby mieli czas i sposobność na pogaduszki. A potem ta ulga, że ona sama nie zdołała zabić Dannela. Serio? Rany, dawno żadna postać mnie aż tak nie wkurzyła ;D Mam nadzieję, że albo zmężnieje, albo coś jej się stanie, bo coraz ciężej mi znieść to ciągłe marudzenie xD
    Pozdrawiam i czekam na kolejny! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, Anella całe życie była wychowywana w przekonaniu, że magia jest czymś złym. Potem, kiedy przekonała się, że jednak tak nie jest, ciągle uważała, że używanie jej do krzywdzenia innych (nawet w obronie) jest czymś niewybaczalnym. Ale po tym, czego doświadczyła w tym rozdziale... Pewne rzeczy mogą się zmienić :D

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam^^

      Usuń

Każdy komentarz to dodatkowa motywacja do pisania zatem, jeśli czytasz - skomentuj. Choćby i jednym zdaniem.