piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział XX

    Evas obudził się i z zaskoczeniem stwierdził, że jeszcze żył. Nie spodziewał się tego. Nie oczekiwał, że Dannel go oszczędzi. Dlaczego to zrobił? Litość? A może chciał się nim posłużyć do własnych celów, jakiekolwiek by one nie były? Niezależnie od motywu, po raz kolejny okazał się być idiotą. Nie powinien był pozwolić mi przeżyć, pomyślał chłopak.
    Chwilę zajęło mu zorientowanie się w swojej sytuacji.
    Wokół panowały ciemności, ale to zapewne dlatego, że miał związane oczy. Tak samo, jak usta, ręce i nogi, co utrudniało mu poruszanie się. Leżał na czymś miękkim. Okropnie bolała go głowa.
    Nie do końca rozumiał, dlaczego w ogóle został związany. Przecież nie mogło go to powstrzymać — był Magiem Manipulującym. Nie musiał rozwiązywać więzów, mógł je po prostu rozerwać.
    Kiedy jednak spróbował, szybko poczuł przeszkodę. Nie mógł tego zrobić. Czymkolwiek został związany, musiało to zostać stworzone za pomocą magii Dannela.
    Zirytowany, zazgrzytał zębami i skupił się na więzach krępujących jego dłonie. Nie wiedział, gdzie się znajdował, ale miał nadzieję, że nikt go nie obserwował, bo szybko zorientowałby się, co planował chłopak. Zacisnął powieki i naparł swoją magią na tę Dannela. Poczuł kropelki potu, spływające mu po czole.
    Wreszcie jednak udało mu się. Westchnął z ulgą, kiedy jego magia w końcu przejęła kontrolę nad magią Dannela i wypchnęła ją z więzów. Te zaś znikły bez śladu.
    Evas odetchnął, sięgnął do opaski na oczach i ściągnął ją, odrzucając na bok. Natychmiast poraziło go światło słoneczne, wpadające przez okno do pokoju. Mrużąc oczy, chłopak rozejrzał się. Znajdował się w pomieszczeniu, które wyglądało na sypialnię. Panował w niej porządek, wszystko leżało na swoim miejscu i tylko on był niepasującym elementem.
    Podniósł się do pozycji siedzącej i rozwiązał sznur krępujący jego nogi. Z ulgą wstał, starając się zignorować zawroty głowy. Cholera, musiał dostać naprawdę mocno. Może nawet więcej, niż raz. Miał tylko nadzieję, nie obędzie się bez jakichś trwałych uszkodzeń.
    Musiał się stąd — gdziekolwiek to było — wydostać, ale najpierw chciał zorientować się w swojej sytuacji. Dlatego ostrożnie usiadł z powrotem na łóżku.
    Zastanów się dobrze, powiedział sobie. Co się stało?
    Walczył z Dannelem, dostał w głowę i stracił przytomność. Z jakichś powodów, Dannel nie zabił go. Dlaczego? Chciał go użyć jako przynęty, żeby zwabić pozostałych w pułapkę? Chciał zrobić z niego zakładnika? Idiota. Evas nie pozwoli się tak wykorzystać.
    Najwyraźniej spędził większość nocy nieprzytomny. Podejrzewał, że nie świadczyło to zbyt dobrze o jego stanie zdrowia, choć nie czuł się źle, pomijając nieustający ból głowy. Nieważne. To był problem, który chłopak postanowił odłożyć na później. Teraz miał bardziej naglące sprawy do załatwienia.
    Był już dzień. Może dopiero wczesny ranek, ale nawet to znaczyłoby, że Evas spędził kilka godzin nieprzytomny. Co z resztą mieszkańców Oreall? Ean, Steen, Gillen... Czy żyli jeszcze? A może Dannel pozabijał ich wszystkich?
    To moja wina, pomyślał Evas. Zawiodłem. Znowu.
    Niezbyt obchodziła go prawdopodobna śmierć reszty, w końcu prawie ich nie znał, ale nie czuł się dobrze z faktem, że stało się to z jego winy. Gdyby nie był słaby, gdyby zdołał zabić Dannela... Jeśli przeżyli, muszą go teraz nienawidzić. Już nigdy mu nie zaufają. Już nigdy nie będzie w stanie spojrzeć im w twarze.
    Zacisnął usta i wstał gwałtownie. Nagły przypływ zawrotów głowy niemal zwalił go z nóg, chłopak zachwiał się, zaś przed oczami mu pociemniało. Stał przez chwilę nieruchomo, dopóki mu nie przeszło. Odetchnął głęboko i skierował się do wyjścia.
    Przyłożył dłonie do drzwi i przelał do nich magię, nakazując im zachować ciszę, żeby nie zaskrzypiały przy otwieraniu. Potem lekko uchylił je i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.
    Pomieszczenie, które zobaczył, wyglądało mu na salon. Dziwnie znajomy salon. Chłopak zmarszczył brwi, rozglądając się uważnie. W odróżnieniu od sypialni, panował w nim bałagan — poduszki z sofy zostały zrzucone, kilka przedmiotów na półkach poprzewracanych. Ale było w nim coś tak znajomego...
    Dannel, zrozumiał Evas. To było stare mieszkanie Dannela. Chłopak wątpił, by przez te trzy lata zdążył zamieszkać w nim ktoś nowy, więc musiało ono znajdować się w takim stanie, w jakim zostało opuszczone.
    Czy mężczyzna nadal tu był? Nic na to nie wskazywało, ale Evas i tak spędził chwilę, po prostu stojąc i nasłuchując. Kiedy niczego nie usłyszał, ostrożnie wszedł do salonu. Wtedy jednak do jego uszu dobiegł jakiś dźwięk.
    Obrócił się w stronę drzwi, zza których dobiegał, i zamarł. Co się za nimi znajdowało? Evas spróbował sobie przypomnieć. Czy to nie była łazienka?
    Ostrożnie zbliżył się do drzwi i przez chwilę nasłuchiwał. Tak, za nimi zdecydowanie coś było. Ktoś? Evas nie miał pojęcia. Czy to była pułapka? Możliwe. Czy powinien to sprawdzić? Prawdopodobnie.
    Przekręcił klamkę i odskoczył. Drzwi uchyliły się lekko, ale nikt go nie zaatakował. Mimo to, należało zachować jak największą ostrożność.
    Swoją magią chwycił drzwi, żeby powstrzymać je od dalszego otwierania się. Potem powoli zbliżył się do nich, jednocześnie przejmując kontrolę nad ścianami, żeby, w razie nagłej potrzeby, móc je szybko zawalić.
    Wszedł do łazienki. Panowały w niej ciemności, jedynym źródłem światła było to z salonu. Mimo to, Evas dostrzegł, że w pomieszczeniu nie znajdowało się nic, co mogłoby mu zagrażać. Zamiast tego, zobaczył coś innego. A raczej kogoś.
    — Gillen — powiedział z lekkim zaskoczeniem.
    Faktycznie, to był Gillen. Przywiązany do jakiejś rury, wystającej ze ściany, i zakneblowany. Dźwięk, który wcześniej słyszał Evas, wydawała jego stopa, lekko stukająca o przeciwległą ścianę, której ledwo dosięgał.
    Evas pospiesznie podszedł do niego i ściągnął mu z ust kneblującą go opaskę. Gillen westchnął z ulgą.
    — Dobrze widzieć, że jeszcze żyjesz — powiedział.
    Evas pokiwał głową, nie odpowiadając. Odwiązał Gillena i podniósł się na nogi, rozglądając się uważnie. Nic nie wskazywało na to, że była to pułapka, ale zawsze lepiej się upewnić.
    — Dziękuję — szepnął Gillen, niezgrabnie wstając i otrzepując się.
    Evas nie odpowiedział, wyszedł tylko po cichu z powrotem do salonu. Czyli Gillen żył. Istniała szansa, że inni również nie zostali zabici. Dlaczego? Czemu Dannel oszczędził ich wszystkich? To nie miało większego sensu.
    Gillen wyszedł za nim, Evas gestem nakazał mu trzymać się z tyłu. Rozejrzał się uważnie. Nadal nic nie wskazywało na pułapkę, ale czy Dannel był naprawdę tak głupi, żeby zostawić go bez żadnego nadzoru? Evas wątpił w to.
    — Co się dzieje? — zapytał wreszcie szeptem Gillena. Nie miał pewności, że chłopak znał wiedział więcej, niż on — w końcu sam też mógł dopiero co odzyskać przytomność — ale musiał zapytać.
    Gillen wzruszył ramionami, również rozglądając się. W jego oczach błyszczał ledwo tłumiony strach.
    — Nie wiem. Dannel pozwolił mi żyć, ale nie wiem, co z resztą. Chyba ich nie znalazł.
    — Mhm — mruknął Evas. — Wiesz, gdzie są?
    Gillen pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
    — Nie mam pojęcia. Ale Steen wspominał coś o bibliotece. Może tam się schowali.
    Jeśli tam się schowali, pomyślał Evas, to już nie żyją. Biblioteka z pewnością była miejscem, które Dannel przeszukałby jako pierwsze.
    — Co teraz? — zapytał Gillen.
    Nie wiem, pomyślał Evas, ale nie powiedział tego. Nie mógłby się przyznać, nie przed kimś takim, jak Gillen. Postawił więc na pogardliwe milczenie.
    — Zamierzasz z nim jeszcze walczyć? — dopytywał chłopak. — Bo może...
    — Bo może co? — warknął Evas, zirytowany. — Masz jakiś lepszy pomysł? Może powinniśmy się poddać? Pozwolić, żeby nas pozabijał? Oczywiście, czemu nie?
    Gillen cofnął się, zaskoczony jego wybuchem. Evas zaś poczerwieniał. Cholera, co w niego wstąpiło? Ciągle gryzła go kolejna przegrana z Dannelem. Tak naprawdę nie chciał kolejnej walki. Obawiał się jej. Ale nie mógł się do tego przyznać.
    — Przepraszam — mruknął Gillen, spuszczając wzrok. — Nie chciałem... To znaczy, myślałem sobie tylko, że może... — zawahał się. — Słuchaj, Dannel był twoim przyjacielem, nie? — Nie czekał na odpowiedź, kontynuował: — Może spróbowałbyś mu powiedzieć, że, nie wiem, przejrzałeś na oczy, czy coś, i chcesz się do niego przyłączyć? I wtedy mógłbyś go zaatakować, kiedy najmniej by się tego spodziewał.
    Evas skrzywił się. Nie twierdził, że plan Gillena był zły, tylko... Trochę za późno zasugerowany. Może wcześniej, jeszcze przed walką, Dannel dałby się oszukać, ale teraz? Evas w to wątpił. Poza tym, nie był dobrym aktorem. Kiedy kłamał, jąkał się i czerwienił, nawet ktoś taki, jak Dannel, zauważyłby jego dziwne zachowanie.
    Gillen musiał wywnioskować jego odpowiedź po jego wyrazie twarzy, bo westchnął ze zrezygnowaniem.
    — To zły pomysł, nie? Nie mam lepszego. Może faktycznie powinniśmy się poddać.
    — Poddać się?! — oburzył się Evas. — Poddać się? Pojebało cię do reszty?! Dannel pozabija nas wszystkich! Musimy go powstrzymać!
    Zaskoczył samego siebie, jak bardzo go to obchodziło. Ale taka była prawda — Dannel musiał zostać powstrzymany. Nie chodziło nawet o śmierć tysięcy ludzi, do jakiej dojdzie, jeśli mężczyźnie uda się całkowicie przejąć władzę — nie, to był problem natury osobistej. Evas musiał go pokonać. Za zdradę, ale też po to, by udowodnić samemu sobie, że potrafi to zrobić. Że nie jest tak słaby, jak sądzi.
    Gillen zadał bardzo logiczne pytanie.
    — To co, w takim razie, zrobimy?
    Evas zastanowił się. Co mogli zrobić? Dannel był gdzieś tam, za zewnątrz, może czekając na nich z jakąś pułapką. Wyjście tak po prostu nie byłoby ani szczególnie mądre, ani bezpieczne.
    Podszedł do okna i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Oreall wydawał się taki spokojny. Na ulicach nie było ludzi, panowała idealna cisza, słońce dopiero wznosiło się po niebie i nie dało się dostrzec ani jednej chmury. Mimo to, Evas podejrzewał, że było chłodno, biorąc pod uwagę zimno zeszłej nocy.
    Ani śladu Dannela. Ani śladu nikogo innego. Mogło to znaczyć wiele rzeczy i Evas nie miał pewności, czy powinien się cieszyć, czy też martwić. Nie dostrzegł jednak niczego, co świadczyłoby o pułapce, ale nie znaczyło to, że takowej nie było.
    I wtedy drzwi otworzyły się, z trzaskiem uderzając o ścianę. Evas wzdrygnął się gwałtownie i błyskawicznie odwrócił, gotów zmierzyć się z niebezpieczeństwem.
    — O kurwa. — Usłyszał męski głos.
    Przez chwilę nie rozpoznawał mężczyzny — wysokiego, chudego, o szczurzej twarzy. Po chwili jednak przypomniał ją sobie — Sarutt Jourass. Czy jakoś tak. Evas nie miał zbytniej pamięci do twarzy.
    — Evas — powiedział mężczyzna nerwowo. — Obudziłeś się. To dobrze.
    Chłopak zmrużył oczy i zrobił krok w jego stronę. Sarutt wzniósł ręce w obronnym geście i rozejrzał się niespokojnie. Panika powoli wstępowała na jego twarz.
    — Przepraszam — wykrztusił. — Nie chciałem ci nic zrobić. Dannel mi kazał.
    Niesamowite, pomyślał Evas, przechylając lekko głowę. Nawet nie muszę nic mówić.
    — Powiedział, że mam cię uśpić i pilnować, żebyś nie odzyskał przytomności — paplał dalej Sarutt. — Ale nie uśpiłem cię tak mocno, jak chciał. Powiedziałem, że będziesz nieprzytomny przez dziesięć godzin. Właśnie przyszedłem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
    Evas zmrużył oczy.
    — Czyżby? — mruknął, zastanawiając się.
    Czy Sarutt kłamał? Możliwe. To mogła być jakaś pułapka ze strony Dannela. Evas nie miał zamiarów zaufać Jourassowi. To byłoby głupotą. Mimo to, nie zaszkodziłoby wyciągnąć z niego trochę więcej informacji. Nawet, jeśli nie do końca pokrywały się one z prawdą.
    — Gdzie jest Dannel? — zapytał, podchodząc bliżej.
    Sarutt cofnął się o krok i przełknął ślinę.
    — Nie wiem — wyszeptał. — Nie powiedział mi, gdzie idzie. Kazał mi tylko ciebie przypilnować. — Strach lśnił w jego zielonych oczach.
    — Rozumiem — mruknął Evas. — Czyli nie powiesz mi niczego użytecznego? Na przykład — gdzie był, kiedy widziałeś się z nim po raz ostatni?
    Sarutt nerwowo zerknął w bok. Evas zmarszczył brwi. Kłamał? Być może. Ale i tak warto wysłuchać, co ma do powiedzenia.
    — Dannel... Obrał sobie bibliotekę za siedzibę — odparł w końcu mężczyzna. — Ale atakowanie go to chyba nie jest najlepszy pomysł — dodał szybko.
    — Niby czemu? — Evas uniósł brwi. Nie zamierzał atakować Dannela tak od razu, ale czemu Sarutt sądził, że nie powinien tego robić?
    — Dannel wezwał swoich ludzi do Oreall. Nie wszyscy jeszcze przybyli, ale część tak. Pokonanie go teraz nie będzie łatwe, szczególnie, że jesteś sam.
    Evas skrzywił się z niezadowoleniem. Musiał przyznać Saruttowi rację. Atakowanie Dannela byłoby bezsensowne bez żadnego wsparcia, a nie wiedział, gdzie znajdowała się reszta — o ile jeszcze żyła. Gillen raczej nie pomógłby w walce — najwyżej mógłby zostać użyty jako przynęta. Co już było jakimś godnym rozważenia pomysłem.
    — Kto już przybył? — zapytał, cały czas uważnie wpatrując się w Sarutta. Magowie Jednostkowi bywali niezwykle irytujący, a ich magia kłopotliwa. Dlatego wolał go mieć na oku, mimo że mężczyzna wyglądał na przerażonego. To mogła być jednak gra, a Evas wolał zachować ostrożność.
    — Tylko kilka osób — odparł Jourass. — Mirin, Sharret, Leandah, Kiz, Shaesha, Floula, Ealily, Sanna. Chyba to wszyscy. — Wzruszył ramionami.
    Evas zastanowił się. Sharret i Sanna byli chyba jedynymi, którzy mogli sprawiać jakiekolwiek problemy. Reszta... niekoniecznie. Gdyby doszło do starcia, każdego z nich mógłby załatwić bez problemu. Ale gdyby postanowili działać razem, mógłby mieć kłopoty.
    — A Balla? — musiał zapytać.
    Jourass pokręcił głową.
    — W porządku — powiedział Evas. — Masz mi coś jeszcze do powiedzenia?
    Sarutt zawahał się. Wyglądał, jakby się zastanawiał. W końcu westchnął i pokręcił głową.
    — Nic nie przychodzi mi do głowy. Ale mogę cię informować o jego następnych ruchach. Mogę... Szpiegować dla ciebie, jeśli chcesz.
    Evas musiał to rozważyć. Prawda, przydałby mu się szpieg, ale... Czy mógł zaufać Jourassowi? Zapewne nie. Kto wie, czy nie szpiegował on dla Dannela. Nie, zadecydował Evas. Lepiej zachować ostrożność. Nie ufać nikomu.
    — Chyba jednak podziękuję — powiedział spokojnie, przyglądając się Jourassowi uważnie.
    Mężczyzna otworzył szerzej oczy i przełknął ślinę. Na jego twarz wstąpiły krople potu.
    — Nie chcesz mojej pomocy? Na pewno? Mogę się przydać... Mogę szpiegować!
    — Owszem — przyznał Evas. — Możesz. Na przykład teraz, dla Dannela.
    Jourass, teraz już wyraźnie panikując, zerknął na Gillena, który zaś spojrzał niepewnie na Evasa. Pokręcił lekko głową, zapewne nie zgadzając się z tym, co zamierzał zrobić chłopak. Trudno. Evas nie potrzebował przecież jego aprobaty.
    — N—nie... Ja nie... Nie jestem szpiegiem Dannela! — wykrztusił w końcu Jourass. — Przysięgam! Nawet nie jestem po jego stronie! Naprawdę!
    — Problem w tym, że ci nie wierzę — powiedział spokojnie Evas.
    — Evas — odezwał się niepewnie Gillen. — Może to przemyślisz? To chyba dobry pomysł...
    — Zamknij się. Nie obchodzi mnie twoja opinia.
    Gillen posłusznie zamilkł.
    Skończmy już to, pomyślał Evas, którego dopadało już zmęczenie, nie wspominając już o tym irytującym bólu głowy. Chłopak rozejrzał się uważnie po pokoju, aż jego wzrok padł na regał na książki. Stał on pod jedną ze ścian, pusty — po odejściu Dannela Steen z pewnością zabrał książki do biblioteki. Evas mógł zrobić z niego użytek.
    Skupił się i napełnił regał swoją magią. A potem bez wahania posłał go w stronę Sarutta.
    — Czekaj! — zawołał mężczyzna, kiedy półka pomknęła w jego stronę. Wzniósł ręce w obronnym geście, chcąc osłonić się. — Nie! Chcę tylko pomóc!
    Jego krzyki urwały się, kiedy regał w niego uderzył. Mocno — Evas włożył w to całą swoją siłę. A potem zrobił to kolejny raz. I jeszcze jeden. A potem następny.
    Nie liczył, ile razy to powtórzył, ale kiedy wreszcie przestał, Sarutt bezwładnie opadł na podłogę. Nie poruszał się, rana na jego głowie krwawiła. Chłopak przyglądał mu się przez chwilę, aż w końcu wzruszył ramionami i ruszył do drzwi.
    — Czy on... nie żyje? — odezwał się niepewnie Gillen za jego plecami.
    — Nie wiem. Możliwe. Nie obchodzi mnie to. — Nawet nie spojrzał w jego stronę. — Idziesz, czy zostajesz? Dannel może w każdej chwili tu wrócić.
    — Nie musiałeś tego robić — mruknął Gillen, najwyraźniej wahając się. — Wydaje mi się, że mówił prawdę.
    — Mam to w dupie — warknął Evas. — Idziesz, czy nie?
    Gillen westchnął ciężko, ale dołączył do niego i razem opuścili mieszkanie Dannela.

    Reszta nocy minęła im spokojnie, a kiedy wzeszło słońce, większość odpoczywała. Ean zazdrościł im, sam nie potrafił zmrużyć oka, co było bardzo nie w jego stylu. Zazwyczaj nie miał problemów z zasypianiem, ale teraz, kiedy tylko próbował to zrobić, czarne myśli wstępowały do jego głowy, zasypując jego umysł najgorszymi możliwymi scenariuszami.
    Dannel ich jeszcze nie znalazł i prawdopodobnie nie znajdzie. Ean zastanawiał się nad wysłaniem kogoś na zwiady, ale nie wiedział, kogo. Przydałoby się dowiedzieć, co takiego planował mężczyzna, ale wychodzenie na zewnątrz niosłoby ze sobą zbyt wiele ryzyka.
    Istniał też większy, bardziej naglący problem, z którego większość nie zdawała sobie sprawy. Gillen. Czy ciągle żył? Dannel nie miał powodów, by go zabijać, ale nie miał też powodów, żeby pozwolić mu żyć, a, znając go, nie pozwolił.
    Biedny chłopak, pomyślał Ean. Nie zasłużył na to. Nie zasłużył na nic, co go spotkało. To moja wina.
    Mężczyzna westchnął ciężko i dopił swoją kawę, krzywiąc się przy tym. Nie lubił tego napoju, ale czasami był on niezbędny. Ean spokojnie przyjrzał się obecnym. Niepokoiła go nieobecność większości — miał nadzieję, że jeszcze żyli, ale nie mógł nawet tego sprawdzić.
    Steen siedział przy stole, przeglądając jakąś książkę. Żadne zaskoczenie, mężczyzna zawsze robił to, kiedy się stresował. Wyglądał na wykończonego, ale najwyraźniej również nie mógł spać.
    Reszcie zaś jakoś się to udało — tylko Sander kręcił się po mieszkaniu, oglądając wszystko uważnie. Ean pokręcił lekko głową. Czy ten człowiek nigdy się nie męczył? Jak mu się to udawało? Zazdrościł mu.
    Erass i Reod spali w sąsiednim pokoju, który służył jako sypialnia, Anella zaś zajęła sofę. Eana zaskoczyło, że była w stanie zasnąć. Co prawda wyglądała na wykończoną, ale sądził, że wydarzenia tej nocy spędzą jej sen z powiek. Nie mógł jednak nie zauważyć, że nastrój dziewczyny poprawił się widocznie, kiedy tylko uwolnili Sandra. Owszem, sama jego obecność mogła tak na nią wpływać, ale mężczyzna podejrzewać coś więcej.
    Dlatego też postanowił odbyć z Sandrem poważną rozmowę. Wstał.
    — Sander — zawołał cicho. Kiedy mężczyzna spojrzał w jego stronę, skinieniem głowy wskazał drzwi wyjściowe. — Możemy porozmawiać?
    Poczuł na sobie pytający wzrok Steena, ale zignorował go. Wyszedł z Sandrem na korytarz.
    — Coś się stało? — zapytał ten, gdy tylko drzwi za nimi się zamknęły. Nie wyglądał na zaniepokojonego, jedynie zaciekawionego.
    Ean westchnął ciężko.
    — W zasadzie nie, ale... Mam nadzieję, że wiesz, że manipulowanie czyimiś emocjami nie jest w porządku. — W rozmowie z kimś innym mógłby użyć ostrego, karcącego tonu, ale z Sandrem nie dało się tak rozmawiać.
    Mężczyzna zamrugał, wyraźnie zaskoczony.
    — Chodzi o Anellę? — upewnił się. Ean pokiwał głową. — Ale ja jej tylko chciałem pomóc. Była taka przestraszona i smutna... W końcu Dealla nie żyje.
    — Wiem, że chciałeś dobrze. Doceniam twoje intencje. Ale to nadal nie jest w porządku. Nie powinieneś robić czegoś takiego bez jej zgody. Powinieneś pozwolić jej dojść do siebie bez ingerencji w to, co czuje. Jeśli chcesz jej pomóc, zrób to bez używania magii.
    Sander wyglądał na zawstydzonego. Spuścił wzrok.
    — Przepraszam — powiedział. — Nie wiedziałem, że robię coś złego. Chciałem tylko jej pomóc.
    Ean pokrzepiająco poklepał go po ramieniu.
    — W porządku. Nie przejmuj się tak. — Uśmiechnął się lekko. — Ale na przyszłość pamiętaj, żeby więcej tego nie robić. To nie w porządku.
    — Rozumiem. Obiecuję, że już tego nie zrobię.
    Tym razem Ean uśmiechnął się szerzej. W przypadku innej osoby mógłby mieć wątpliwości, ale wiedział, że Sander dotrzyma danego słowa. Jemu samemu w odległej przeszłości również zdarzało się manipulować uczuciami innych, ale nigdy nie robił tego przyjaciołom. Jak mieliby mu zaufać, gdyby odkryli, że robił coś takiego?
    Kiedy wrócili do mieszkania, Steen stał przy stole z magionami. Wskazał na jeden z nich, na którym pulsowały dwie kropki. Ean odetchnął z ulgą — nareszcie ktoś próbował dostać się do miasta!
    Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że były to Nemaih i Ajsia. Ean natychmiast pobiegł umożliwić im przenosiny.
    Kiedy wrócił do mieszkania, kobiety już tam były.
    Nemaih, dobiegająca czterdziestki kobieta, usiadła ciężko przy stole i przyjęła od Steena kawę. Odgarnęła rude włosy z twarzy i upiła łyk napoju. Piegi, pokrywające jej bladą skórę, zdawały się lśnić lekko w świetle świeczki. Kobieta wyglądała, jakby zaraz miała paść — jej brązowe oczy były podkrążone i przekrwione.
    Ajsia zaś pokręciła głową, przeczesując dłonią jasne, krótkie włosy. Kobieta pewnym krokiem podeszła do Eana i wbiła w niego wzrok. Wyraz jej zielonych oczu jasno dawał do zrozumienia, że żądała odpowiedzi.
    — Co się dzieje? — zapytała ostro. — Nie mogłyśmy dostać się do miasta. Co to za miejsce?
    Ean westchnął ciężko i pokrótce objaśnił im zaistniałą sytuację. Kobiety nie wyglądały na zadowolone tym, co usłyszały — Ajsia zmarszczyła gniewnie brwi, Nemaih zaś ukryła twarz w dłoniach.
    — Mamy przejebane — stwierdziła ponuro. — Wszyscy zginiemy.
    — Nie mów tak — powiedziała Ajsia, siadając obok niej i obejmując ją ramieniem. — Wszystko jakoś się ułoży. — Spojrzała ostro na Eana. — Prawda?
    Nie, pomyślał mężczyzna, ale zmusił się do uśmiechu.
    — Oczywiście — odparł pewnym głosem. — Nie poddamy się, podejmiemy się walki z Dannelem. Nie twierdzę, że będzie łatwo. Niektórzy mogą postradać życie. Ale wierzę, że nam się uda.
    — Czyli jednak będziemy walczyć? — zapytał Steen.
    Ean obrócił się w jego stronę.
    — Owszem. Oczywiście, nie będziemy toczyć z Dannelem otwartej walki. Nie mielibyśmy żadnych szans. Ale przypuszczam, że Dannel już zwołał do Oreall niektórych ze swoich popleczników. Możemy więc zająć się nimi. Atakować ich, kiedy nie będą się tego spodziewać. Wyeliminować ich, a dopiero potem zająć się Dannelem.
    Steen pokiwał głową, ale nie wyglądał na przekonanego. Zapewne nie cieszyła go perspektywa walki, ale zadaniem Eana nie było zadowolenie wszystkich, lecz utrzymanie ich przy życiu.
    Anella poruszyła się niespokojnie i po chwili usiadła, rozglądając się. Jej jasne włosy były w nieładzie, zaś oczy zapuchnięte i przekrwione. Przetarła je lekko drżącą ręką. Ean poczuł się winny. Przez niego się obudziła. Powinien toczyć tę rozmowę gdzieś indziej. Było już jednak za późno.
    Uśmiechnął się do niej lekko.
    — Dzień dobry — powiedział. — Napijesz się może kawy?
    Zmarszczyła brwi i przez chwilę zastanawiała się. W końcu pokiwała głową.
    — Nigdy tego nie piłam — wyznała. — Ale poproszę, jeśli można.
    Ean posłał Steenowi znaczące spojrzenie. Mężczyzna westchnął ciężko, ale posłusznie zabrał się za robienie kawy. Ean zaś usiadł obok Anelli i położył jej dłoń na ramieniu.
    — Jak się czujesz? — zapytał cicho.
    Dziewczyna milczała przez chwilę. W końcu westchnęła.
    — W porządku — mruknęła, rozglądając się niepewnie.
    Ean zrozumiał. Nie było w porządku, ale nie chciała o tym mówić przy ludziach, których nie znała. Wiedział, że to raczej nie rozwiąże problemu, ale przynajmniej dziewczyna poczuje się bardziej komfortowo, więc postanowił oficjalnie przedstawić ją Ajsii i Nemaih.
    Wstał i wskazał w kierunku kobiet, uśmiechając się szeroko.
    — Anello, przedstawiam ci Ajsię. — Wskazał na nią. — Oraz Nemaih. Drogie panie, poznajcie Anellę, nasz najnowszy nabytek.
    Anella uśmiechnęła się niepewnie i nieśmiało do nich pomachała. Nemaih odpowiedziała szczerym uśmiechem, Ajsia zaś nieco wymuszonym. Obie ograniczyły się do skinienia głową.
    Sander przyszedł i przysiadł się do Anelli, Ean postanowił więc im nie przeszkadzać. Usiadł przy stole, na przeciwko Ajsii i Nemaih, ale nie zajął się rozmową z nimi. Pochłonęły go jego własne myśli.
    Musiał wysłać kogoś na zwiady. Nie mógł zrobić tego przejściem przez bibliotekę — byłoby to zbyt niebezpieczne. Ale czy mógł zaufać komuś na tyle, by pokazać mu przejście przez Szarą Wieżę?
    Sam nie mógł iść, byłoby to zbyt ryzykowne — jeśli natknąłby się na kogoś, mógłby zginąć. Potrzebował kogoś, kto potrafił walczyć. Kto był silny i godny zaufania. Przychodziła mu na myśl tylko jedna osoba i wcale mu się to nie podobało. Ale chyba nie miał innego wyjścia.
    — Steen — odezwał się. — Chodź ze mną. Mam dla ciebie zadanie.
    Mężczyzna wręczył Anelli jej kawę i wyszedł za nim na korytarz.
    — O co chodzi? — zapytał, krzyżując ręce na piersi.
    — Musisz coś dla mnie zrobić. Chciałbym, żeby ktoś rozejrzał się trochę po mieście, sprawdził, co się dzieje. Dyskretnie. Nikt inny nie przychodzi mi do głowy.
    Steen westchnął i zerknął w stronę przejścia do biblioteki, marszcząc brwi.
    — Domyślam się, że Gillena też mam poszukać. — Ean skinął głową. — W porządku. Ale to nie będzie ani łatwe, ani bezpieczne.
    — Wiem. Przepraszam, że cię o to proszę. Chodź za mną.
    Ruszył w stronę przejścia do Szarej Wieży. Źle czuł się z tym, o co prosił Steena. Nie chciał go narażać, ale nie miał innego wyjścia. Stawką były życia ich wszystkich. Co znaczyło życie jednej osoby w porównaniu z tym?
    Nienawidził siebie za takie myślenie. Wszystko. Znaczyło wszystko, ale czasami poświęcenie kogoś było konieczne. Nawet, jeśli bolało.
    — Masz minę, jakbyś już skazał mnie na porażkę — powiedział Steen, zrównując z nim krok.
    Ean uśmiechnął się ponuro.
    — Jakoś nie potrafię myśleć, że to wszystko skończy się dobrze — mruknął. Nigdy nie pozwoliłby innym zobaczyć jego wątpliwości, ale Steen był w tym wyjątkiem. Znali się zbyt długo, by coś przed sobą ukrywać. — Ciągle tylko myślę o tym, co może pójść nie tak.
    — Daj spokój. Bywałeś już w gorszych sytuacjach, wiem o tym. Dasz radę znaleźć wyjście i z tej.
    Tym razem Ean uśmiechnął się szerzej. Pokręcił lekko głową.
    — Twoja wiara we mnie nie przestaje mnie zadziwiać. A przecież znasz mnie tak długo.
    — I chyba właśnie dlatego tak w ciebie wierzę. — Steen również uśmiechnął się. — Dobra, dosyć tego. Robi się zbyt ckliwie. Gdzie idziemy?
    Ean zaśmiał się cicho. Jakie to typowe, pomyślał.
    — Zobaczysz. — Przyspieszył kroku. Nie mieli zbyt wiele czasu.
    Po kilku minutach szybkiego marszu dotarli do pierwszego przejścia, czyli zwykłej ściany. Ean po prostu przeszedł przez nią, ciągnąc Steena za sobą.
    Po drugiej stronie było tak ciemno i zimno jak wcześniej.
    — Cholera — mruknął Ean. Zupełnie zapomniał o tym chłodzie. Dobrze, że przynajmniej miał Steena ze sobą.
    — Przyjemne miejsce, nie ma co — powiedział mężczyzna. — Światło?
    — Poproszę.
    Chwilę później korytarz oświetliło światło, stworzone przez Steena, od razu sprawiając, że Ean poczuł się odrobinę lepiej. Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, od jego kamiennych ścian bił chłód, a wilgoć unosząca się w powietrzu była nie do zniesienia. Ean nie zważał na to — ruszył przed siebie. Po chwili jednak po otoczeniu rozlało się ciepło, zapewne wytworzone przez Steena. Ean uśmiechnął się w wdzięcznością.
    Kiedy wreszcie dotarli do przejścia Ean wyciągnął rękę przed siebie i jego palce przeszły przez ścianę. Przejście nadal było otwarte — będzie musiał później je zamknąć, dla bezpieczeństwa. Chociaż nikt nie mógł przez nie przejść bez jego pomocy, czułby się lepiej, gdyby całkiem zostało zablokowane.
    — Chodźmy — powiedział, chwytając Steena za rękę i przechodząc przez ścianę.
    Uczucie nie było przyjemne, prawdopodobnie dlatego, że miał ze sobą kogoś innego. Czuł się, jakby tonął — jakby woda otaczała go zewsząd, nie pozwalając mu wziąć kolejnego wdechu. Wreszcie jednak uczucie minęło i Ean niemal opadł na podłogę po drugiej stronie przejścia.
    — Co za okropieństwo — wydyszał Steen, oddychając ciężko i opierając się o ścianę. — Gdzie my jesteśmy?
    — W Szarej Wieży — odparł Ean, kiedy doszedł do siebie. Odgarnął włosy ze spoconego czoła i rozejrzał się. Pokój wyglądał tak samo, jak wcześniej, ale nie znaczyło to, że nikogo w nim nie było. Dannel na pewno tu zaszedł i odkrył, że Ean zniknął. — Posłuchaj, poczekam tu na ciebie jakiś czas. Beze mnie nie przejdziesz. Nie spiesz się. I uważaj na siebie.
    Steen skończył kontemplację otoczenia i uśmiechnął się do niego półgębkiem.
    — Ty też bądź ostrożny. Jakby coś się działo, uciekaj. — Wskazał w stronę przejścia i skierował w stronę drzwi. — Postaram się wrócić jak najszybciej.
    Kiedy wyszedł, Ean podszedł do łóżka i usiadł na nim ciężko, wzdychając. I czekał. 

----------------------------

Myślałam, że rozdział będzie znacznie krótszy od pozostałych, ale jak teraz tak na niego patrzę, to wcale się taki krótki nie wydaje :D

10 komentarzy:

  1. Cześć!Zaczyna się robić interesująco. Postać Evasa jest taka.., nie wiem. Moja główna postać w opowiadaniu jest trochę do niej podobna. Mo też czasami warczy na wszystkich i wszystko wokół :D Ale cóż, silne jednostki mają do tego prawo. Ich siła wiążę się z silnym charakterem. Świetny rozdział.
    P.S. Czyżby Sandrowi zależało na Anelli? Chyba wyczuwam "malutki" romansik w powietrzu 'D
    Szkoda mi było Dealli. Polubiłam ją, choć nie zawitała długo w opowiadaniu.
    Poświęcenie... Ean ma całkowitą rację. Czasami nie obejdzie się bez ofiar. Bez ich poświęcenia. Tak zwane wyższe dobro.
    Czekam na kolejny rozdział :*
    Pozdrawiam, Moonlight.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Evas ma ciężki charakter, cóż na to poradzić :D
      Nie da się ukryć, że Sandrowi zależy na Anelli, ale z drugiej strony - jemu zależy na wszystkich. Nie da się jednak ukryć, że bardzo się o nią troszczy :D

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam ;*

      Usuń
  2. Musze tu jednak napisac,bo komentując całość,moge zapomnieć. Oni siedzą teraz w ukryciu w piwnicy biblioteki. Nie wychodzą do miasta.wiec jak mogą niezauważeni przez Daniela i jego popleczników się tam przedostać? Ponadto nie do konca rozumiem,dlaczego Ean widzi wmagionach tylko swoich,którzy wchodzą,a wrogów nie?to jak tamci wchodzą,kto ich wpuszcza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż musiałam sprawdzić, czy już opublikowałam pewien rozdział, bo już chciałam mówić, że przecież to wyjaśniałam. A tu się okazało, że jeszcze nie :D
      Ean widzi w magionach tylko tych, którym wcześniej sam dał magiony. Dzięki nim, mogą się oni teleportować prosto do kryjówki. Resztę można wpuszczać jedynie przez bramy.
      A do samej kryjówki prowadzą w zasadzie trzy drogi - biblioteka, Szara Wieża i właśnie magiony. I tylko tym trzecim sposobem można mieć pewność, że Dannel niczego nie zauważy.
      A, taka mała uwaga - nie siedzą w ukryciu w piwnicy biblioteki. Są w jakimś innym miejscu. W piwnicy znajduje się jedynie przejście.

      Mam nadzieję, że przynajmniej trochę wyjaśniłam ^^ Bez obaw, wyjaśnienia pojawią się jeszcze w kolejnych rozdziałach.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. A jak wchodzą poplecznicy D.? To chyba mi umknęło

      Usuń
    3. To proste - Dannel ich wpuszcza :D

      Usuń
    4. ale też przez magiony czy jakoś inaczej xD?
      Chyba jestem mega ciekawską osobą :D

      Usuń
    5. Hahaha, cierpliwości :D Rozdział 22 to wyjaśni (jak tylko go dodam)^^

      Usuń
  3. Hah, wiedziałam, że przeżył!

    „Evas obudził się i z zaskoczeniem stwierdził, że jeszcze żył” – No padłam, haha ;D
    „Niezbyt obchodziła ich prawdopodobna śmierć reszty” – to myśli Evasa więc chyba powinno być „nie obchodziła GO”
    „Evas nie miał zamiarów zaufa Jourassowi” – zaufać

    Nie dziwię się, że Ean jest w stanie poświęcić jednego człowieka, jeśli dzięki temu reszta dostanie szansę na przeżycie. Tylko że to wypuszczenie Steena do miasta, to trochę jak rzucenie myszy do klatki z kotem. Obawiam się czy sposób dowodzenia Eana nie sprowadzi na nich kiedyś kompletnej klęski xD Bo w sumie gdyby nie Evas, to mam wrażenie, że Ean zupełnie nie byłby w stanie poradzić sobie z Danellem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To oczywiste, że przeżył :D Zabić kogoś takiego tak szybko? No bez przesady... To byłby zmarnowany potencjał postaci :D
      Cóż, wypuszczenie Steena to wcale nie taki zły pomysł - w końcu jest facet silny, a miasto zna doskonale, a przecież Gillena ktoś musiał poszukać :D Lepiej więc, żeby to był Steen niż ktoś inny.
      Fakt, Evas jest ich najsilniejszym atutem i bez niego byłoby znacznie ciężej niż teraz.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam ;*

      Usuń

Każdy komentarz to dodatkowa motywacja do pisania zatem, jeśli czytasz - skomentuj. Choćby i jednym zdaniem.