środa, 25 maja 2016

Rozdział I

 Miasto Magii


Rozdział I

   
     Mury miasta nie wyglądały zachęcająco. W całości zbudowane z czarnego kamienia, tak wysokie, że zdawały się sięgać chmur, swoją obecnością przytłaczały i sprawiały, że człowiek czuł się maleńki, niczym mrówka.
    A przynajmniej Anella się tak czuła. Stała po drugiej stronie ulicy, zadzierając głowę, próbując bezskutecznie dojrzeć końca murów. Jeśli miałaby jakąś resztkę pewności siebie, to z pewnością straciłaby ją teraz.
    To nie był dobry pomysł, pomyślała dziewczyna. Wiedziała o tym od początku, ale przez całą drogę udawało się jej powstrzymywać wątpliwości. Teraz jednak, kiedy stała tuż przed bramą do Oreall, Miasta Magii, powróciły one ze zdwojoną siłą.
    Nie będziesz tam pasować, głupia, skarciła samą siebie. Nie musiała nawet wchodzić do miasta, żeby wiedzieć, że ludzie tam mieszkający byli twardzi, silni i niebezpieczni. W końcu to magowie. Wszyscy wiedzieli, jacy byli magowie.
    A ona była jednym z nich. Ciągle miała kłopoty z przyzwyczajeniem się do tego — wiedziała o tym przez całe życie, ale nigdy nie została zmuszona, żeby głośno to zaakceptować, żeby przyznać się do tego. Nigdy, aż do momentu, w którym jej brat postanowił zachować się jak głupiec i ujawnić ten skrywany głęboko rodzinny sekret.
    Musiała uciekać, nie miała wyboru. Inaczej cała jej rodzina zostałaby zdegradowana.
— Chroniliście mnie już wystarczająco długo — powiedziała im wtedy. — Teraz czas na to, bym to ja chroniła was.
    Kiedy to mówiła, przez krótką chwilę czuła się pewnie i odważnie. Ale zaraz potem musiała opuścić rodzinną posiadłość, a następnie samą Eleneę i znów stała się cichą, szarą myszką, bojącą się wszystkiego.
    Oreall było jej jedyną nadzieję — wiedziała o tym zarówno wtedy, jak i teraz. Miasto Magii, jedyne miasto na świecie — pomijając dalekie południe, gdzie praktykowanie magii było dozwolone — oferowało jej schronienie.
    Ale czy będą mnie tam chcieli? Patrząc na mury miasta, Anella wątpiła. Tam z pewnością nie było miejsca dla słabeuszy takich jak ona. Z drugiej strony, czy nie było tak, że każdy przybywający do Oreall był taki? Przecież nie mieli gdzie uczyć się magii...
    Ten przypływ rozsądku sprawił, że Anella przeszła wreszcie przez ulicę i stanęła przed bramą. Nauczą mnie magii, pomyślała, a potem mnie wyrzucą, kiedy okażę się zbyt słaba. Było to jednak lepsze niż nic.
    Pozostawał jednak problem dostania się do środka. Brama wyglądała równie nieprzyjaźnie, jak mury — czarna niczym noc, wysoka i potężna. Była zamknięta i nie pilnował jej żaden strażnik, a przynajmniej nie wyglądało na to, by tak było. Jak więc miała tam wejść? Przecież nie otworzy jej sama, nie jest wystarczająco silna.
    Rozejrzała się wokół, a potem zadarła głowę. Czerń murów wydawała się ciągnąć nieskończenie wysoko. Mała część umysłu Anelli zastanowiła się, czy zostały zbudowane przy pomocy magii. Dziewczyna miała jednak inne zmartwienia. Czy ktoś mnie obserwuje?
    Wydawało jej się to bardzo prawdopodobne. Głupstwem byłoby pozostawianie murów miasta — nawet tak potężnych — bez jakiejkolwiek ochrony. Z drugiej strony, czy znalazłby się ktoś na tyle niezrównoważony, by zaatakować miasto, którego populacja składała się z samych magów?
    Anella szybko rozważyła opcje, jakie jej zostały. Mogłaby zatrzymać się tutaj, w Osnei i zacząć nowe życie, całkowicie na czysto. Miała jeszcze pieniądze, które pozwoliłyby jej znaleźć miejsce w jakiejś gospodzie, podjęłaby jakąś pracę i może mogłaby normalnie żyć. Udawać, że wcale nie była magiem, a rodzinny kraj musiała opuścić z innych powodów.
    A nad jej całym życiem górowałyby mury Oreall i cienie życia, jakie było jej przeznaczone, a jakiego nigdy nie zaznała.
    Nie mogła do tego dopuścić. Nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
    Dlatego też zerknęła jeszcze przez ramię, wzięła głęboki wdech, zbierając w sobie całą odwagę i pchnęła bramę miasta.
    Nie spodziewała się, że coś się stanie — to był głupi pomysł, ale chciała po prostu czegoś spróbować. Dlatego poczuła się zaskoczona.
    Jej dłonie nie napotkały żadnego oporu. Dziewczyna nie miała nawet szansy, żeby jakoś zareagować, kiedy poleciała do przodu. Dopiero w ostatniej chwili zorientowała się, że zaraz uderzy twarzą o bruk i udało jej się uchronić przed całkowitym upadkiem, co zaskutkowało otartymi dłońmi i łokciami.
    Co się stało?, pomyślała z paniką. Dlaczego upadła? Dlaczego przeszła przez bramę, jakby jej tam nie było? Magia? Jakaś sztuczka, iluzja?
    Anella podniosła się na kolana i uniosła wzrok przed siebie. To, co zobaczyła, zaskoczyło ją jeszcze bardziej.
    Klęczała na zwyczajnej, brukowanej ulicy, która ciągnęła się dalej, a wzdłuż niej stały niewysokie kamienice, nieco zniszczone, ale nie zaniedbane. Ulica była czyściejsza niż w innych miastach, które widziała Anella, ale i tak widziała gdzieniegdzie roztrzaskane butelki i inne śmieci.
    To wyglądało jak zwyczajne miasto i nie było tym, na co przygotowana była Anella. Żadnego wielkiego, czarnego pałacu, w którym mieszkała Wspaniała Galla, żadnych strażników na każdym kroku. Właściwie, nie widziała żadnych ludzi. Zupełnie, jakby miasto było opuszczone.
    Wreszcie zorientowała się, że nadal klęczy, więc wstała i otrzepała spódnicę. Obejrzała się za siebie i popadła w kolejny stupor. Mur, wielki, czarny, przerażający mur zniknął. Nie było go. Zamiast niego stał tam inny, zbudowany z szarego kamienia mur będący tylko dwa razy wyższy od Anelli. Po bramie zaś nie było śladu.
    Anella podeszła niepewnie do niego i położyła na nim dłoń. Kamień był chłodny i twardy, czyli taki, jaki powinien być. Jej ręka nie przeszła przez niego na wylot. To nie była iluzja.
    Czy to znaczy, że wcześniej się przeniosłam? Że jestem w innym miejscu? Nie miała żadnego pojęcia o tym, jak działała magia i czy coś takiego było w ogóle możliwe. Poznać odpowiedzi mogła tylko w jeden sposób.
    Wzięła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i niepewnym, drżącym krokiem ruszyła wgłąb miasta.

    Gillen zawsze przykładał się do zadań poleconych mu przez innych. Nigdy im nie odmawiał, nie narzekał i wykonywał je najdokładniej, jak tylko potrafił. Musiał się przecież jakoś odwdzięczyć za to, że pozwalali mu mieszkać w Oreall, że przygarnęli go i opiekowali się nim.
    Było jednak zajęcie, którego naprawdę nienawidził. Bycie wartownikiem pilnującym wejścia do miasta było pożytecznym i ważnym zajęciem w teorii. W praktyce polegało na tym, że całymi dniami siedziało się w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu, obserwując puste ekrany magionów, na których nic się nie działo. Nikt nigdy nie przychodził do Oreall, a jeśli już, to były to osoby, które wiedziały, jakiego wejścia użyć, żeby nikogo nie zmartwić.
    Mimo wszystko, bycie wartownikiem było użytecznym zajęciem. Gillen wiedział o tym, dlatego, mimo że go nie znosił, wykonywał je z takim samym zapałem i poświęceniem, co resztę swoich zajęć. Jeśli był to jedyny sposób, by udowodnić swoją użyteczność, Gillen nie miał zamiaru narzekać.
    Na stanowisku pojawił się wcześniej niż powinien, jak zawsze. Z kawą w jednej ręce i książką w drugiej przyszedł do pracy godzinę przed świtem, czyli godzinę przed rozpoczęciem swojej warty.
    Piis, który siedział na fotelu i przysypiał, prawie zerwał się na równe nogi, kiedy drzwi zaskrzypiały i Gillen wszedł do pomieszczenia.
— Co—? Już? Koniec? — Piis był zdezorientowany. Wyglądał jakby całą wartę przespał i właśnie się obudził — podkrążone oczy, jasne włosy w nieładzie, tak samo jak ubranie. Spojrzał w stronę okna i wyprostował się na fotelu, widząc, że słońce jeszcze nie wzeszło. Zrobił zawstydzoną minę. — Jesteś zbyt wcześnie.
— Wiem. — Gillen postawił swoją kawę na stole. — Idź odpocząć.
    Twarz Piisa rozjaśnił uśmiech i młody chłopak opuścił pomieszczenie, bezgłośnie dziękując. Gillen westchnął i usiadł w głębokim fotelu, uprzednio zajmowanym przez niego. Wypił łyk kawy i spojrzał na magiony.
    Osiem szklanych prostokątów przedstawiało dokładnie to, co zawsze. Żadnych śladów magii. Gillen westchnął po raz kolejny, usiadł wygodniej i sięgnął po książkę, którą przyniósł ze sobą.
    Wiedział, że to bezowocne. Podjął już tyle prób, przeczytał tyle ksiąg i wysłuchał tylu porad, bezskutecznie. To było zawstydzające i upokarzające, ale nie mógł przestać. Nie chciał się poddawać. Nie mógł tego zrobić.
    Otworzył książkę. Tym razem pan Ean polecił mu podręcznik dla początkujących, którzy chcieli opanować podstawy magii ognia. Gillen już kiedyś tego próbował i próba ta zakończyła się klęską, jak wszystkie pozostałe. To był jednak inny podręcznik i może, może tym razem się uda.
    Głupie myślenie, magia wyraźnie z jakiegoś powodu była Gillenowi niedozwolona. Nikt nie wiedział dlaczego — chociaż chłopak posiadał ogromne rezerwy magiczne — ponoć nieludzkie — nie potrafił użyć nawet najprostszego zaklęcia. Magia nie przejawiała się też u niego w żaden inny, niekontrolowany sposób, jak u dzieci, u których manifestuje się pierwszy raz. Zupełnie jakby był zwyczajnym człowiekiem. Nie byłoby to takie złe i mógłby się z tym pogodzić i zacząć tak żyć, gdyby nie inny fakt.
    Gillen pojawił się w Oreall trzy lat temu, niedługo przez buntem Dannela. Nikt nie wiedział, jak się tu znalazł, a już na pewno nie on sam. Znaleźli go jak leżał całkowicie nagi, w błocie, a kiedy odzyskał przytomność, nie mógł przypomnieć sobie niczego. Nie znał nawet własnego imienia.
    Do dziś nie potrafił sobie go przypomnieć i nie wiedział nic na temat swojej przeszłości. Dla wszystkich w mieście pozostawał zagadką. Wciąż dostawał dreszczy, kiedy przypominał sobie, jak na początku go traktowali — niczym wroga, zagrożenie, kogoś, komu nie można ufać.
    To było jednak trzy lat temu. Teraz Gillen całkowicie wniknął w społeczeństwo Oreall. Nikt już nie posyłał mu wrogich spojrzeń i wszyscy wiedzieli, że jeśli mają robotę, z którą nie chcą się męczyć, mogą do niego pójść, on z chęcią ich wyręczy. Jaki miał inny wybór? Wiedział, że go wykorzystują, ale jeśli był to sposób, by go zaakceptowali, mógł się z tym pogodzić.
    Gillen westchnął — znów — i zagłębił się w lekturze. Nie była zbyt fascynująca, w dodatku była stara — pochodziła jeszcze sprzed Upadku. Dobry stan i brak rozpadających się stron zapewniała zaklęciom zachowującym, wystarczająco silnym, by przetrwały tyle wieków. Czuł je wyraźnie, to znajome, lekkie mrowienie w koniuszkach palców, kiedy przewracał strony.
    Czytał ze skupieniem, co jakiś czas zerkając na magiony — nadal puste — dopóki większość świec się nie wypaliła. Gillen zamrugał, kiedy w pomieszczeniu zrobiło się ciemniej. Zerknął w stronę okna — słońce wstało już i wznosiło się powoli po niebie, ale w pokoju ciągle panował półmrok. Chłopak spojrzał na książkę, następnie na jedną ze świec i zawahał się. I tak się nie uda, pomyślał, ale odłożył lekturę na bok i chwycił świecę.
    Ślady zaklęcia zachowującego całkowicie wyparowały. Rzucić je musiał Piis podczas swojej warty, ale chłopak nie był zbyt potężny, więc jego zaklęcie nie trwało długo.
    Gillen chwycił świecę obiema dłońmi, zacisnął powieki i skupił się. Czuł burzę szalejącą w swoim wnętrzu, szukającą jakiegoś ujścia, które bardzo chciał jej dać. Skoncentruj się. Skieruj magię w stronę dłoni. Uczucie było dziwne, jakby coś zasysało jego wnętrze. Poczuł, jak moc skupia się w jego dłoniach, ale było jej za dużo, nie miała wystarczająco miejsca. Musiała gdzieś ulecieć. Dobrze, a teraz na zewnątrz. Jak zawsze, nic się nie wydarzyło. Gillen skupił się bardziej, próbując zmusić magię, by opuściła jego ciało, ale to nic nie dało. Chociaż czuł jej pragnienie, by się wydostać, chociaż sam pragnął tego samego — nic się nie stało.
    Po chwili odłożył świecę na bok i spuścił ręce ze zrezygnowaniem. Nigdy mu nie wychodziło. Powinien już dawno się poddać, ale nie chciał. Nie dlatego, że wierzył, że kiedyś mu się uda, ale dlatego, że nie lubił pozostawiać sprawy niedokończone.
    Nie czuł się rozczarowany, jedynie rozgoryczony. Nigdy nic mu nie wychodziło. Takie było już jego życie.
    Nie wrócił do lektury, zamiast tego wpatrzył się tępo w magiony. Pogrążył się w zrozpaczonych myślach na temat tego, jaki jest beznadziejny, że wzdrygnął się gwałtownie, kiedy otworzyły się drzwi. Spojrzał w tamtą stronę.
— Hej! — Oczywiście, był to Sander — uśmiechnięty i rozpromieniony jak zawsze. Gillen poczuł, jak sam uśmiecha się blado. — Przyniosłem ci obiad! — Uniósł rękę, w której trzymał talerz.
— Już ta godzina? — Gillen zupełnie nie zauważył upływu czasu. Wyprostował się na fotelu i wziął talerz od Sandra. Mężczyzna usiadł na podłodze pod oknem.
    Jajka, smażona cebula i papryka oraz pierś z kurczaka. Gillen poczuł, jak burczy mu w brzuchu. Nie jadł nic od czasu kolacji.
— Dziękuję — uśmiechnął się, tym razem szerzej. Sander zawsze o nim myślał. — Myślałem, że ty i Luten ciągle jesteście poza miastem.
    Zaczął jeść. Na Gallę, to smakuje dobrze. Nie miał pojęcia, że taki był głodny, ale kiedy już zaczął jeść, nie mógł się oderwać. Sander przyglądał mu się z zadowolonym uśmiechem, co skłoniło Gillena do zastanowienia się, czy sam to ugotował. Nie byłby zdziwiony. Sander lubił gotować i dobrze mu to wychodziło. Ale żeby gotować specjalnie dla mnie? Ta myśl sprawiła, że się zaczerwienił. To nie miało sensu.
— Wróciliśmy dzisiaj w nocy — odparł Sander.
— I jak wam poszło? — zapytał Gillen między kęsami. — Zakładam, że niezbyt dobrze.
— Dlaczego zawsze musisz być taki ponury? — oskarżył go Sander.
    Gillen wzruszył ramionami.
— A nie mam racji? Udało wam się?
— Nie. Nie chcieli naszej pomocy, nie wiem dlaczego. — Wyglądał na zawiedzionego, ale dalej się uśmiechał.
    Gillen westchnął. Sander potrafił być naprawdę naiwny. Nigdy nie rozumiał, dlaczego normalni ludzie nie lubili magów. Zapewne miało to związek z tym, że pochodził z Eggos, gdzie traktowano ich z szacunkiem. O ile Gillen wiedział, było to jedyne takie miejsce na świecie.
— Dlaczego mieliby? Boją się. — Na pytające spojrzenie rozmówcy, dodał: — Że ich skrzywdzicie. Winisz ich za to? Ciągle pamiętają czasy przed Upadkiem. — Dlatego Galla wysyłała ich, żeby używali magii do pomagania zwykłym ludziom w wypadku problemów. Żeby pokazać, że są nieszkodliwi. Zazwyczaj nie wychodziło to najlepiej.
    Sander pokiwał głową, ale Gillen wątpił, żeby w pełni to zrozumiał. Nie pierwszy raz odbywali podobną rozmowę.
    Wzrok Sandra padł na książkę, którą wcześniej czytał Gillen. Chłopak poczuł nagłą chęć, by zapaść się pod ziemię. Dlaczego akurat Sander musiał go na tym przyłapać? To było zawstydzające.
    Sander, oczywiście, rozpromienił się.
— Próbowałeś? I jak ci poszło?
    Zawsze tak pozytywnie nastawiony... Gillen powinien być tym zirytowany, ale nie potrafił. Nigdy nie potrafił złościć się na Sandra. Zamiast tego odłożył pusty talerz i skrzyżował ręce na piersi.
— Tak, jak zawsze. Beznadziejnie.
— Nie możesz tak do tego podchodzić! Nauczę cię! — zaoferował Sander. Wziął świecę i wcisnął ją Gillenowi w dłoń. Chłopak nawet nie próbował protestować — z tym człowiekiem nigdy to nic nie dawało. Jego entuzjazm był zbyt wielki.
    Sander kucnął przy jego fotelu i chwycił go za rękę, tuż nad dłonią trzymającą świecę. Gillen zaczerwienił się i natychmiast za to znienawidził. Naprawdę, pomyślał z irytacją, już dawno powinno mi to przejść. To nic nie znaczy.
— Dalej — zachęcił go Sander, nie zauważając jego zawstydzenia, na szczęście. Czasami dobre było to, że mężczyzna nie posiadał najmniejszego nawet daru do odczytywania innych ludzi. — Spróbuj.
    Gillen nawet nie próbował się skupić — i tak nie dałby rady, nie, kiedy Sander był tak blisko niego i trzymał go za rękę.
— To nie działa — powiedział z naciskiem. — Próbowałem już.
    Sander ciągle się uśmiechał.
— Ale robiłeś wszystko dobrze? Odpowiedni kanał i tak dalej?
— Tak. — Był zirytowany, ale nie na przyjaciela, tylko na siebie. Naprawdę myślał, że udało mu się już zapanować nad tymi reakcjami. Najwyraźniej jednak nie — jego serce wciąż biło odrobinę za szybko, nawet kiedy Sander puścił jego rękę.
    I zaczęło bić jeszcze szybciej, kiedy mimochodem spojrzał w stronę magionów i na jednym z nich zobaczył pulsującą na jasnoniebiesko średnich rozmiarów kropkę.
— Patrz! — Trzepnął Sandra w ramię i wskazał na zjawisko. Ktoś tu jest, ktoś przyszedł do miasta. Nagle z głowy wyparowały mu wszystkie procedury. Nigdy wcześniej nikt nie pojawił się na jego warcie. Co to oznacza? Kto to jest? Odczyt, przypomniał sobie nagle. Muszę zrobić odczyt.
    Wyciągnął dłoń i dotknął palcem pulsującej kropki. Natychmiast przeszły go dreszcze — kontakt z nieznaną magią ponoć zawsze tak działał. Potem wstał szybko, niemal potykając się o własne nogi i wziął z regału wielką księgę.
— Patrz, czy nie znika — polecił Sandrowi, nawet na niego nie patrząc. Przekartkował strony tomu najszybciej, jak się dało. Nic. Żadnego mrowienia. Ktokolwiek to był, nie był zarejestrowany wśród magów, którzy kiedykolwiek pojawili się w Oreall.
    Co znaczyło tylko jedno.
— To ktoś nowy — oznajmił. — Nie ma go w rejestrach.
    Sander, oczywiście, od razu się rozpromienił.
— Świetnie! Chodźmy go przywitać!
    Gillen chciał zaprotestować. To mógł być ktoś niebezpieczny, ktoś, kogo Dannel wysłał na przeszpiegi albo jakaś pułapka. Nie miał jednak szans, żeby cokolwiek powiedzieć, bo Sander z typowym swoim entuzjazmem chwycił go za ramię i pociągnął za sobą.
— Chodź szybciej! To przy bramie pierwszej!

    Anella uparcie szła przed siebie, mimo coraz większego niepokoju, który odczuwała. Miasto wyglądało na całkowicie opuszczone. Spodziewała się, że będzie pełne życia, choć ludzie będą niebezpieczni i nieprzyjaźni, to jednak będą. A tymczasem nie było tu nikogo.
    Jedynym dźwiękiem, jaki słyszała, był odgłos jaki jej buty wydawały, stukając w bruk, kiedy szła. Jej nogi wciąż się trzęsły, a ona sama bała się coraz bardziej z każdym krokiem. To miasto wcale jej się nie podobało. Zawróciłaby, gdyby mogła, ale wyglądało na to, że nie mogła wydostać się w ten sam sposób, w jaki tu weszła.
    Nagle zauważyła, że zbliża się do końca ulicy. Zamrugała, zaskoczona. Wcześniej wydawało jej się, że droga ta była znacznie dłuższa, teraz zaś okazało się, że już jest na jej końcu. Przed dziewczyną znajdowała się jedynie wysoka, kamienna ściana.
    Wiedziona instynktem, Anella ostrożnie wyciągnęła dłoń i dotknęła ściany. Zgodnie z jej przewidywaniami, palce przeniknęły przez nią. Kolejna iluzja. Czy powinna iść dalej? Może to ostatnia szansa, żeby zawrócić?
    Dziewczyna przełknęła ślinę i zrobiła krok naprzód. Jej umysł wzbraniał się przed tym nieco, krzycząc, że tylko uderzy w ścianę i rozwali sobie twarz, ale tak się nie stało. Zamiast tego, Anella znalazła się po drugiej stronie.
    Miasto cały czas wyglądało tak samo, ale nie było już opuszczone. Dowodem na to były dwie osoby, które najwyraźniej na nią czekały.
    Byli to dwaj mężczyźni, czy też może raczej chłopak i mężczyzna. Obaj wyglądali młodo i urodziwie, ale na tym kończyły się ich podobieństwa.
    Ten, którego nazwała chłopakiem, wyglądał na Teklandczyka, co odebrała z zaskoczeniem. Czy tam magów nie skazuje się na śmierć? Miał białą skórę, bledszą niż Anella, i białe włosy. Również jego oczy były blade, przez co nieco przerażające. Jego czarny ubiór kontrastował z resztą jego wyglądu. Chłopak był przeciętnego wzrostu, był też chudy, ale wyczuwała bijącą od niego siłę. Czy to magia?
    Mężczyzna był jego całkowitym przeciwieństwem. Musiał pochodzić z południa, o czym świadczyła jego ciemna skóra. Był wysoki, miał ładnie umięśnione ramiona i ciemne włosy w nieładzie. Jego jasnozielone oczy błyszczały wesoło, a usta rozchylał w uśmiechu, prezentując szereg równych, śnieżnobiałych zębów.
— Cześć! — powiedział. Miał miły, radosny głos. Jego uśmiech jeszcze się rozszerzył, co wydawało się niemal niemożliwe. — Jestem Sander! A ty?
— Ja... Anella — odchrząknęła, czując, że się rumieni. Sander wyciągnął do niej rękę, więc podała mu swoją. Ku jej zdumieniu, nie pocałował jej, lecz uścisnął. Jakby była mężczyzną. Może tu mają inne zwyczaje. Poczuła też dziwne mrowienie, ale może to tylko zdenerwowanie. — Ja... uh, jestem magiem. — Głupia!, skarciła się natychmiast. To oczywiste! Co innego miałabyś tu robić?
    Chłopak poruszył się, co sprawiło, że Anella na niego spojrzała. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej, kiedy zorientowała się, że cały czas jak głupia wpatrywała się w Sandra. To przez to, że nigdy nie widziałam nikogo o tak ciemnej skórze, przekonywała siebie w myślach. Chłopak zaś skrzyżował ręce na piersi i posłał jej nieufne spojrzenie. Wzdrygnęła się lekko. Nie wydawał się przyjaźnie nastawiony.
— Zabierzemy cię do pana Eana — powiedział. Miał lekko zachrypnięty głos. — Będzie wiedział, co z tobą zrobić. Chodź. — Odwrócił się i ruszył przed siebie. Anella niepewnie ruszyła za nim, z Sandrem u boku. Cóż, przynajmniej on wydawał się miły.
— Nie przedstawiłeś się — upomniał towarzysza. Ten spojrzał się przez ramię, lekko zaskoczony i potknął o wystający kamień. Odzyskał równowagę, ale zaczerwienił się, co było bardzo widoczne przez jego białą skórę.
    Anella przegryzła wargi, próbując zdusić uśmiech.
— Gillen. Jestem, znaczy się. — Chrząknął i przyspieszył kroku.
    Anella poczuła ulgę. Ci magowie wcale nie wydawali się być tacy okropni, jak mówiły historie. Może nie będzie tak źle?

14 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawie się zapowiada :3 Anella wydaje się całkiem sympatyczną bohaterką. Interesuje mnie świat twojego opowiadania i ogólnie sytuacja Anelli przed przyjściem do Oreall. Gillen jakoś nie przypadł mi do gustu, ale może się to zmieni wraz z rozwojem opowiadania.
    Pozdrawiam gorąco, Carmille Epimetheus ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. "Dopiero w ostatniej chwili zorientowała się, że zaraz uderzy twarzą o bruk i udało jej się uchronić przed całkowitym upadkiem, co zaskutkowało otartymi dłońmi i łokciami. " - przeczytaj sobie to zdanie, bo niby rozumiem jego sens, ale jakoś coś przydałoby się zmienić, bo dziwnie brzmi.
    Ogólnie bardzo intrygująco się zaczyna. Naprawdę dobrze się czyta. Z błędów to wychwyciłam tylko kilka potrzebnych przecinków i ogólnie naprawdę zapowiada się świetnie!
    Na pewno przeczytam resztę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, myślałam nad tym zdaniem całe wieki i nadal nie wiem, jak dobrze ubrać je w słowa, ale jeszcze się zastanowię, bo, szczerze, mi też niezbyt pasuje.
      Co do przecinków - niestety, zawsze stawiam ich albo za dużo, albo za mało, haha.
      Ach, i cieszę się, że twierdzisz, że intrygująco się zaczyna, bo mi się wydaje ten początek strasznie nudny. Pisząc pierwsze rozdziały myślałam sobie tylko 'Boże, ludzie zanudzą się przy tym na śmierć!'.
      Dzięki za komentarz! I, tak przy okazji, obiecuję, że zabiorę się za twoje opowiadanie. Któregoś dnia. Obiecuję. (a jak tego nie zrobię, to masz prawo nękać mnie komentarzami, póki tak się nie stanie).
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Umiem nękać, więc bój się! I nie martw się! Zanim ja dotrę do rozdziałów u cb, by na bieżąco czytać, trochę minie... Chyba...
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Opowiadanie zapowiada się bardzo ciekawie:) Podoba mi się Twój styl, a jeśli chodzi o fabułę, to przywodzi mi na myśl Gildię Magów, co tylko jeszcze bardziej zachęca mnie do przeczytania następnych rozdziałów:) Będę tu zaglądać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Gildii Magów nigdy wcześniej nie słyszałam, ale dziękuję za komentarz i miłe słowa :D
      Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Może powiem od razu, że jestem jedną z tych osób co nie lubią wątków LGBT. Z pewnością nie zaliczyłabym siebie do homofobów, czy tym podobnych, ale czytanie o gejach, lesbijkach (a transwestytach to już szczególnie xD) nie sprawia mi przyjemności. Z tego powodu miałam trochę opory przed kliknięciem w rozdział 1, ale postanowiłam mimo wszystko zajrzeć i przeczytać. Najwyżej przestanę, jeśli uznam, że to nie dla mnie ;D

    „Miasto Magii, jedyne miasto na świecie — pomijając dalekie południe, gdzie praktykowanie magii było dozwolone, oferowało jej schronienie” – moim zdaniem po „południe” powinna być pauza zamiast przecinka. Skoro zaczęłaś wtrącenie pauzą, to pauzą powinno się skończyć. Ale znawcą polszczyzny nie jestem, więc mogę się mylić xD

    „Dopiero w ostatniej chwili zorientowała się, że zaraz uderzy twarzą o bruk i udało jej się uchronić przed całkowitym upadkiem, co zaskutkowało otartymi dłońmi i łokciami” – mnie też się to zdanie nie podoba xD Może „Dopiero w ostatniej chwili zorientowała się, że zaraz uderzy twarzą o bruk. W ostatniej chwili uchroniła się przed całkowitym upadkiem, ale poskutkowało to otarciami na dłoniach i łokciach’. Czy coś w tym stylu xD
    „ ruszyła wgłąb miasta” – w głąb
    „— Co—? Już? Koniec? — Piis był zdezorientowany” – nie rozumiem ;D
    „ wydować się w ten sam sposób, w jaki tu weszła” – wydostać

    Na razie jest ciekawie. Lecę dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie, to wątki LGBT nie zajmują zbyt dużo miejsca w opowiadaniu. W ogóle wątki romantyczne są prawie znikome, także tego :D
      Dzięki za komentarz^^
      Pozdrawiam,
      ellain.

      Usuń
  5. Dzień dobry. :)
    Tak pływałam sobie po blogosferze, myśląc o swoich zaległościach u innych, ale i chęci odkrycia czegoś nowego, i tak oto trafiłam na Twojego bloga.
    Właściwie to najpierw przeczytałam (Mak magii). Cóż, brzmiało jeszcze bardziej ciekawie! I z pewnością intrygująco.
    Od (swoją) zaczęłabym nowe zdanie. Nijak ma się do pierwszej części, obie są po prostu częściami opisu. Oczywiście, masz jak najbardziej poprawnie, ale według mnie tak byłoby przejrzyścij. Może to tylko fetysz krótkich zdań.
    Wypadałoby o czymś napomknąć na początku: mam piętę achillesową. Taką bardzo niemiłą dla miłośnika czytania. Otóż zupełnie nie potrafię zapamiętywać imion fikcyjnych postaci. Oczywiście, wymienię Ci większość bohaterów z wszystkich sezonów (Teen Wolf), ale jeśli chodzi na przykład o (Pachnidło), moją niemal ulubioną książkę, pamiętam tylko głównego bohatera. I wielu innych, a dopiero gdy czytam je jeszcze raz, to mi się przypomina, kto kim jest. No ale najgorzej jest na początku. Wszystkich mylę, nie mogę spamiętać... zwłaszcza jeśli mowa o fantastyce, rządzącej się własnymi prawami.
    Anella... postaram się chociaż ją zapamiętać. Byle nie było dużo postaci na (dzień dobry), bo zapomnę, po co tu weszłam. Och, i te nazwy własne... już nie wiem, gdzie jestem. :)
    Wstyd się przyznać, po wszystkich fantasy, Pratchettie (minuta ciszy dla mojej odmiany) i tak dalej, na słowo mag widzę staruszka w spiczastym kapeluszu i okularach połówkach a'la Albus Dumbledore.
    Skrywany głęboko rodzinny sekret? Niby sztampowe, typowy zabieg przyciągający czytelnika i sprawiający, że chce zostać, by się więcej dowiedzieć, ale jestem zaciekawiona. Zwłaszcza przez te konsekwencje...
    Te słowa powiedziane wtedy do rodziny nie wyszły czasem zbyt patetycznie? Jak formułka Disneyowskiego herosa? Czy był to zabieg celowy? Banalne słowa, pozornie ukazujące odwagę, a tak naprawdę znaczące, że bohater próbuje przekonać samego siebie, bo o to chodzi, a on bardzo się boi i chce dobrze postępować?
    Szara myszka, boi się wszystkiego... ekspozycją powiało... Pamiętaj: nie mów, pokazuj. Nie podawaj na sucho informacji. Pokazuj to zachowaniami, dialogami... mamy w to uwierzyć. Ba, sami się tego domyśleć, wyciągnąć wnioski.
    Ciekawie zarysowany wątek. Te zakazy praktykowania magii zawsze mnie pociągały... co kierowało ludźmi zakazującymi jej stosowania? Palącymi czarownice na stosie? Jak wielki strach, niewiedza i bezsilność? Jak wielkie poczucie niesprawiedliwości, złość i rozpacz magów?
    Wnioskując po poprzednich komentarzach i tak dalej... zgadnij, które zdanie mi zgrzyta. Tak, te przeklęte dłonie i łokcie.
    Ile Anella ma lat? Dowiemy się tego?
    Kawa? Czytający wartownik? Który mamy wiek? Jest gdzieś o tym informacja? przegapiłam ją?
    Problem Gillena... coś z magią? Nie potrafi czegoś opanować? Nie wychodzi mu czar? Ciekawe...
    Aha, okej, już nic, wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skąd magowie czerpią fundusze na jedzenie? W podobnych instytucjach na ogół nie jada się dość drogich, raczej, kurczaków, i preferuje skromne posiłki. Trochę tych osób jest i każdy dostaje to samo? Czy to tylko (prezent) dla Gillena?
      Trochę mało subtelne zarysowanie relacji z Sanderem i dziwnych oznak głębszych uczuć, ale wyszło całkiem sympatycznie. :)
      Już drugie jedyne takie albo takie miejsce na świecie... nie za ogólnikowo? Trzeba uważać z wrzucaniem do jednego worka, bo fajnie brzmi coś wyjątkowego.
      I z tymi rumieńcami, fazą (zaprzeczania) też nie jest subtelnie zbyt i trochę topornie nawet, ale jeśli nie przesadzisz, utrzymasz poziom z tych wątek i może z tego coś wyewoulować coś naprawdę fajnego.
      Najbardziej zgrzytają mi ekspozycje... Anella taka, ten na G (przepraszam, przepraszam) taki, a Sander taki... mówienie, jakie są postacie w narracji albo myślach innego bohatera, to nie najlepszy pomysł... Nie wierzę Ci, nie mam podstaw, nie udowodniłaś tego. Pomyśl. Po tym, jak Sander się zachowuje, po dialogach sama domyśliłabym się, że jest optymistyczny, miły i nie traci nadziei. A tak zepsułaś mi frajdę, podając jego cechy charakteru na tacy.
      Czekam na moment, gdy bohater się przeliczy i nie przejdzie przez ścianę, a właśnie porządnie uderzy się w twarz. :)
      W pierwszej scenie łączącej oba wątki także jest prezentacja Sandera i naprawdę czytelnicy sami zorientowaliby się na wstępie, jaki on może być. A potem byłoby: dlaczego? co na niego wpłynęło? jakie ma wady?
      Portrety psychologiczne są bardzo kluczowe. Na bohaterach opierają się opowiadania. Bez dobrze wykreowanych postaci nawet ciekawe opowiadanie nie będzie przyjemne w odbiorze i wiarygodne.
      Może tak, a może nie...
      Ogólnie odniosłam nawet pozytywne wrażenie i na pewno tu wrócę.
      Spokojnego wieczoru,
      Fenoloftaleina

      kot-z-maslem.blogspot.com

      Usuń
    2. Rany boskie, jaki długi komentarz! Już cię kocham! :D
      Niestety, ale postaci akurat pojawia się tu strasznie dużo i to już od początku. Zamierzam stworzyć zakładkę, w której pokrótce wyjaśnię, kto jest kim, ale raczej nie w najbliższym czasie, bo jestem leniem ;)

      Fakt, słowa wypowiedziane przez Anellę do rodziny brzmią patetycznie i częściowo właśnie taki był mój cel. Swoimi słowami Anella próbowała głównie dodać sobie odwagi, więc po prostu zaczerpnęła inspirację z jednej z wielu przeczytanych przez siebie książek ;)
      Wydaje mi się, że akurat z ekspozycją nie jest aż tak źle. Znaczy, nie piszę po prostu, że bohater jest taki a taki, ale też to pokazuję. A przynajmniej staram się. Ale może faktycznie powinnam trochę przystopować z tymi opisami ;) Wydaje mi się, że w późniejszych rozdziałach jest już lepiej, w tym pierwszym chciałam jak najlepiej przedstawić bohaterów i chyba trochę przesadziłam.
      Wiek Anelli zostanie podany niedługo. W następnym rozdziale, o ile dobrze pamiętam ;)
      Trochę wstyd się przyznać, ale nie wzorowałam się na żadnym konkretnym wieku. Pisząc to, myślałam sobie tylko, żeby nie wyszło mi średniowiecze. Stąd na przykład kawa, ludzie potrafiący czytać, czy pociągi i automobile, pojawiające się dalej. W poprawionej wersji posunę się chyba jeszcze dalej i zrobię z tego dieselpunk. Chyba :D
      Skąd magowie mają pieniądze na jedzenie? Bo się im płaci ;) A tak na serio, to jedzenie akurat jest w Oreall bardzo tanie, każdy może sobie na nie pozwolić, o ile nie jest to coś bardzo wyszukanego i rzadkiego.
      Akurat uczucia Gillena nie są ani trochę subtelne, choć jemu może wydawać się inaczej ;)
      Co do ekspozycji... Cóż, nawet jeśli komuś wydaje się, że inny bohater jest taki a taki i mówi o tym w myślach, nie oznacza to jeszcze, że jest tak naprawdę ;)

      Ślicznie dziękuję za tak długi i rozbudowany komentarz ;*
      Obiecuję też, że na pewno kiedyś do ciebie zajrzę, ale to może trochę potrwać, bo, jak już wspomniałam, jestem leniem ;)

      Pozdrawiam ^^

      Usuń
  6. Przeczytałam pierwszy rozdział i wiem już,ze zostanę. Następny komentarz,a wlasciwie zapewne komentarze,zostawię pod ostatnia notkę. Szukałam dobrej,autorskiej fantastyki (procz Zbudzonych) i zdaje się,ze wlasnie ja zalazłam.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się spodobało!

      Pozdrawiam^^

      Usuń
  7. Jestem to nowa i uważam, że będzie to ciekawe. Z miłą chęcią wezme się za czytanie ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz to dodatkowa motywacja do pisania zatem, jeśli czytasz - skomentuj. Choćby i jednym zdaniem.