poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Rozdział XXX

    Przy czwartej bramie, ku swojej uldze, zastał nie jedną, a dwie osoby. Floulę i Shaeshę. Czy jakoś tak. Niezbyt pamiętał, jak się nazywają — dopóki nie okazały się zdrajczyniami, nie zwracał na nie szczególnej uwagi.
    Floula była dość młodą dziewczyną, liczyła sobie zaledwie kilkanaście lat. Ean kiedyś powiedział, że podejrzewał, że przyłączyła się do Dannela głównie w formie jakiegoś buntu, powszechnego wśród osób w jej wieku. Według Evasa, była po prostu idiotką. Co nie dziwiło, biorąc pod uwagę, jak młoda była. Żywiołowa, energiczna, buntowniczka. Dało się to poznać nawet po jej wyglądzie — szczupłej sylwetce, krótkich, ciemnych włosach w nieładzie i wygodnych, niezbyt eleganckich ubraniach.
    Shaesha sprawiała wrażenie zupełnego przeciwieństwa. Była już po czterdziestce, zawsze spokojna i ułożona. Nigdy nie sprawiała problemów, większość nawet jej nie zauważała. Dlatego wszystkich zszokował fakt, że ktoś taki, jak ona, przyłączył się do Dannela. A jednak to zrobiła, bo stała teraz pod przejściem razem z Floulą — tego rudego warkocza nie dało się pomylić z czyimś innym.
    Evas zatrzymał się, ukrył za pobliskim sklepem i zastanowił. Floula była Magiem Tworzącym, Shaesha zaś Jednostkowym. Dość kłopotliwy duet, choć pokonanie go nie powinno przysporzyć mu większych problemów. Mimo to, należało zachować ostrożność. Nie chciał się niepotrzebnie narażać.
    Przede wszystkim, musiał wyeliminować Shaeshę. Była znacznie bardziej niebezpieczna, niż Floula — ze względu na swoją kłopotliwą magię.
    Wywołał więc hałas w jednym z budynków, których kobiety nie mogły zobaczyć. Następnie wybił szyby w kolejnym, po drugiej stronie. A potem zaczął trzaskać drzwiami w innym, znów po stronie tego pierwszego. Chciał wytrącił Shaeshę i Floulę z równowagi, zdezorientować je.
    Udało mu się, przynajmniej z młodszą z nich. Floula szybkim krokiem ruszyła w przed siebie, rozglądając się. Wyglądała na wściekłą. Shaesha coś do niej zawołała, a ta coś odwarknęła, ale nie dosłyszał, o co chodziło.
    Floula wyciągnęła coś, co, jak Evas zorientował się po chwili, było nożem. Idiotka, pomyślał, prawie się uśmiechając. Nóż był zwyczajny, nie wytworzony przez Floulę. A to znaczyło, że Evas mógł go kontrolować. Natychmiast sięgnął do niego swoją magią i napełnił go. A potem wyrwał go z rąk dziewczyny i, zanim zdążyła zareagował, posłał go prosto w jej gardło.
    Krew trysnęła, Floula zachwiała się, zakaszlała — czerwona ciecz wypłynęła jej z ust — i padła. Żyła jeszcze przez chwilę, drgając w przedśmiertnych konwulsjach, aż w końcu znieruchomiała. Zadowolony Evas skierował swoją uwagę ku Shaeshy.
    I odkrył, że kobieta go zauważyła. Wpatrywała się w niego. Niedobrze, pomyślał. Był od niej silniejszy i mógł zwalczyć jej magię, ale nie bez problemów. Dlatego wolał nie dać się nawet złapać.
    Natychmiast cofnął się, chowając za ścianą. Największą wadą Magii Jednostkowej było to, że większość magów mogła kontrolować tylko osobę, której wcześniej dotknęła. Jedynie nieliczni umieli manipulować tymi, których widzieli — a Shaesha do nich należała. Tylko ci najpotężniejsi potrafili sterować każdym, niezależnie od odległości. Evas cieszył się, że wszyscy już wymarli. Ta perspektywa go przerażała.
    Żeby ukryć się lepiej, stworzył dziurę w ścianie budynku, wszedł do środka i postawił ścianę z powrotem na miejscu. Zastanowił się. Nóż Flauli wciąż znajdował się w jego kontroli, ale Evas nie mógł go użyć, nie wiedząc, gdzie dokładnie była Shaesha. Dlatego podszedł do okna i ostrożnie przez nie wyjrzał.
    Nie zauważył jednak Shaeshy. Zastanowił się, a potem postanowił, że najlepszy widok na wszystko będzie miał z góry. Jednocześnie powinien pozostać niewidoczny dla Shaeshy. Skierował się w stronę zaplecza, a w nim na schody, prowadzące na dach.
    Wdrapał się po nich powoli na górę, gdzie natychmiast kucnął, by pozostać niezauważonym. Podpełzł do krawędzi i ostrożnie spojrzał w dół. Nie zauważył Shaeshy, ale usłyszał cichy trzask zamykanych drzwi. Czyli kobieta postanowiła wejść do środka.
    Co było głupie z jej strony. Bo właśnie dała jasny znak, że znajdowała się w środku. Evas nie zwlekał — sięgnął magią do ulicy i poderwał w górę kilka kawałków bruku, by utworzyć sobie zejście na dół. A kiedy już się tam znalazł, szybkim krokiem oddalił się od sklepu i za pomocą magii zawalił go.
    Kiedy gruz opadł z powietrza, Evas wrócił do pozostałości budynku. Przeszukiwał go przez chwilę, aż w końcu znalazł Shaeshę. Kobieta żyła, ale była nieprzytomna, a z rany na głowie płynęła jej krew. Evas przywołał do siebie nóż Flauli i poderżnął kobiecie gardło.
    Odszedł, czując się lekko zirytowany. Gdzie, do cholery, był Dannel? Czyżby faktycznie uciekł? Nie wydawało mu się to prawdopodobne — o Dannelu można było dużo powiedzieć, ale na pewno nie był tchórzem. Wręcz przeciwnie, jego brawura czasami zahaczała o głupotę. Ale może coś się zmieniło przez te trzy lata?
    Nie znalazł nikogo przy kolejnej bramie, co rozwścieczyło go coraz bardziej. Miał ochotę się poddać, ale zmusił się, by iść dalej. Podejrzewał, że i tak było już za późno. Dannel z pewnością już uciekł, a Evas zawiódł po raz kolejny.
    Pierdolić to, pomyślał zrezygnowany. Dannel już uciekł. Ludzie znienawidzą mnie jeszcze bardziej. Po co w ogóle się starać? Najchętniej skierowałby się z powrotem do Szarej Wieży, ale wiedział, że nie mógł.
    Po prostu nie mógł.

    Kiedy Evas odszedł, Ean westchnął ciężko. Nie powiedział tego na głos, ale miał nadzieję, że Steenowi, Erass i Rux nic się nie stało. Próbował sobie wmówić, że poradzą sobie z zaistniałą sytuacją, ale nie potrafił w to uwierzyć.
    Wrócił do Lonnie. Dziewczyna leżała na łóżku, ale nie spała. Wpatrywała się w sufit otwartymi oczami. Zerknęła przelotnie w jego stronę, kiedy cicho zamknął drzwi.
    — Wiem, że przyjemnie ci się odpoczywa, ale obawiam się, że zostanie tutaj nie jest już całkiem bezpieczne — powiedział. — Chodź. Zaprowadzę cię do reszty.
    Dziewczyna wstała z łóżka, aczkolwiek niezbyt chętnie. Westchnęła cicho.
    — Gdzie idziemy? — zapytała.
    Uznał za dobry znak, że już nie protestowała — wcześniej nie miała ochoty na poznawanie innych magów. Najwyraźniej uznała, że sprzeciw nic jej nie da.
    — W bezpieczne miejsce. — Uśmiechnął się do niej uspokajająco. — Nie martw się.
    Podszedł do przejścia w ścianie i gestem przywołał do siebie Lonnie. Dziewczyna podeszła, zachowując jednak bezpieczny dystans. Wpatrywała się w niego podejrzliwie. Ean powstrzymał westchnięcie. Przypuszczał, że ciężko będzie to w niej zmienić.
    Wyciągnął do niej rękę. Zerknęła na nią i uniosła pytająco brwi.
    — Chwyć mnie za rękę. Nie martw się, tylko na chwilę. Ale musisz mnie dotykać, jeśli chcesz przejść. Obiecuję, że po drugiej stronie od razu cię puszczę.
    Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną. Zamiast chwycenia go za rękę, położyła mu dłoń na ramieniu.
    — Tyle wystarczy? — zapytała.
    — Tak — odparł. Oczywiście, że nie ufała mu na tyle, by pozwolić się dotknąć. — Ostrzegam, to może być nieprzyjemne.
    Pokiwała głową, zaciskając zęby. Uśmiechnął się do niej przelotnie, a potem wstąpił w przejście.
    Nie było już tak źle. Ostatnimi czasy używał tego przejścia wystarczająco często, by się przyzwyczaić. Ale i tak nie było przyjemnie. Kiedy już znalazł się po drugiej stronie, zaczął oddychać głęboko, próbując uspokoić łomotanie serca.
    Lonnie radziła sobie znacznie gorzej. Słyszał, jak dyszała ciężko. Brzmiało to niemal jak szloch i Eanowi zrobiło się jej szkoda. Chętnie pomógłby jej jakoś, ale przeczuwał, że nie przyjmie tego najlepiej. Nie ufała mu i z pewnością nie chciała go w pobliżu siebie.
    W końcu dziewczyna uspokoiła się. W tej ciemności nie był w stanie jej zobaczyć, ale wyobrażał sobie, że wbiła w niego zagniewany wzrok.
    — Co to było? — zażądała odpowiedzi zdenerwowanym głosem. Boi się, pomyślał. Nie chce tego okazać, dlatego ukrywa to pod maską gniewu.
    — Przejście — odparł prosto. — Użyłaś już jednego, żeby dostać się do Oreall, prawda?
    — Tak — przyznała. — Ale wtedy nie było aż tak źle. Gdzie my w ogóle jesteśmy? Czemu tu tak zimno i ciemno?
    — Chodźmy — powiedział, ignorując jej pytanie, głównie dlatego, że nie znał na nie odpowiedzi. — Idź przed siebie — poradził jej. — Droga jest prosta, żadnych zakrętów.
    Ruszył przed siebie i po chwili usłyszał, jak Lonnie idzie za nim. Szli w ciszy, która niezbyt mu odpowiadała, ale nie chciał zmuszać dziewczyny do rozmowy. I tak czuła się wystarczająco niekomfortowo w jego towarzystwie. Ale ta cisza sprawiała, że w jego umyśle zagościły czarne myśli.
    Nie żyją, pomyślał. Garon, Rux, Erass, Steen... Nie żyją i to jego wina. Gdyby nie był tak nieudolnym przywódcą, nikomu nic by się nie stało. Dannel nie zaatakowałby miasta. Ellain by nie uciekła. Wszystko byłoby dobrze.
    Nie myśl tak, nakazał sobie. Nienawidził, kiedy wątpił w samego siebie. Wiedział przecież, że był jedyną osobą kompetentną na tyle, żeby rządzić Oreall. Ale nie znaczyło to, że nie popełniał błędów. Po prostu robił ich mniej, niż inni ludzie.
    Wreszcie dotarli do końca. Ean znów chwycił Lonnie i przeprowadził ją przez przejście w ścianie. I zamarł. Przez chwilę miał nadzieję, że oczy go myliły. Ale kiedy Lonnie wydała zduszony okrzyk, zrozumiał, że to była prawda.
    Na posadzce w korytarzu leżało ciało. I należało do Reoda.
    O nie, pomyślał Ean. Nie, nie, nie. Weź się w garść, nakazał sobie. Przełknął ślinę i podszedł bliżej. Kucnął przy mężczyźnie i sprawdził jego puls, ale żadnego nie znalazł. Rana na jego głowie wyglądała na poważną i musiała zostać zadana leżącą w pobliżu cegłą.
    Co tu się wydarzyło?, zastanowił się Ean. Jeśli Dannel ich zaatakował, wszyscy byli martwi. A jeśli to się stało... Nie, pomyślał. Nie myśl o tym. Sprawdź, co się stało. Nie wysnuwaj pochopnych wniosków.
    Ściana, prowadząca do mieszkania, została niemal całkowicie zniszczona, ale drzwi nadal się trzymały. Z sercem bijącym tak głośno, że niemal zagłuszającym wszystkie dźwięki, Ean zajrzał do środka, z Lonnie podążającą tuż za nim.
    — Pan Ean! Dobrze pana widzieć! — zawołał Sander.
    Kiedy podszedł bliżej, Ean zauważył, że kuśtykał. Ale poza tym wydawał się być cały. Ean rozejrzał się. Reszta również jakoś się trzymała, co wypełniło go ulgą, choć zmartwiło go to, że nigdzie nie widział Ajsii, Nemaih ani Pretta...
    — Co tu się stało? — zapytał i wtedy coś zauważył.
    Na zniszczonej sofie leżała nieprzytomna, związana dziewczyna. Przez pokrywającą ją krew przez chwilę nie potrafił jej rozpoznać, ale to była Balla. Pokonali ją i uwięzili? Nie mógł nie być pod wrażeniem.
    Ogrom zniszczeń go zmartwił. Ciężko będzie to wszystko naprawić, pomyślał, wzdychając w duchu. Ciężko będzie odbudować miasto. Ale to zmartwienie na inny dzień. Najpierw musieli pozbyć się Dannela.
    — Zostaliśmy zaatakowani — wyjaśnił Sander. — Przez Ballę, Sharetta i Mirin. Ale udało nam się ich pokonać.
    Ean pokiwał głową.
    — Jakieś straty? — zapytał, obawiając się odpowiedzi, którą usłyszy.
    — Prett — przyznał Sander. — Nawet nie wiem, kiedy to się stało. My... — Pokręcił głową. — Nemaih też jest ciężko ranna, ale wyjdzie z tego. Położyliśmy ją w sypialni, Ajsia z nią jest.
    — W porządku — stwierdził Ean, starając się nie myśleć o biednym, młodym Pretcie. — Co z nią? — Podszedł bliżej do sofy, na której leżała Balla.
    — Ajsia powiedziała, że lepiej zostawić ją przy życiu — wyjaśnił Sander. — Że możemy...
    — Wykorzystać ją jako zakładniczkę — dokończył Ean, kiwając głową. — Dobry pomysł. Szkoda, że nie mamy nikogo, żeby przypilnować, żeby się nie obudziła. — Obejrzał się za siebie. Lonnie stała w wejściu, przyglądając się wszystkiemu niepewnie. — Chodź, Lonnie. Jest bezpiecznie.
    Dziewczyna weszła, rozglądając się nieufnie. Ean uśmiechnął się do niej zachęcająco.
    — To jest Lonnie — przedstawił ją wszystkim. — Jest naszym nowym magiem. Lonnie, poznaj Sandra, Anellę i Gillena.
    Lonnie wahała się przez chwilę, a potem usiadła przy stole, obok Anelli. Ean uśmiechnął się. I dobrze, pomyślał. Może się dogadają.
    — Musimy zmienić kryjówkę. Niestety, na nieco mniej przyjemną — stwierdził.

    Pomieszczenie, do którego zaprowadził ich Ean, faktycznie nie należało do przyjemnych. Od kamiennych ścian bił chłód, w powietrzu czuć było wilgoć. Mimo to, Gillen nie narzekał. Wręcz przeciwnie — cieszył się, że wreszcie wydostał się z tamtego zniszczonego mieszkania. Przebywanie w nim nie przywoływało przyjemnych myśli.
    Pomieszczenie było puste, a przynajmniej takie się wydawało. Panowały w nim ciemności, przez co Gillen nie widział, jak duże było. Myśl o tym, że na jego końcu mogło się coś czaić, wywoływała ciarki, ale Gillen starał się je zignorować. Skoro Ean twierdził, że było tu bezpiecznie...
    — W porządku — powiedział mężczyzna, rozglądając się. — Wiem, że nie jest to najprzyjemniejsze miejsce, ale niczego lepszego nie mamy.
    Anella rozłożyła na ziemi koc, Ean położył na nim Nemaih i przykrył kolejnym. Kobieta nie wyglądała najlepiej, ale wciąż oddychała, co Gillen uznał za dobry znak. Sander posadził Ballę pod ścianą — dziewczyna nadal pozostawała nieprzytomna.
    — Ajsia, pilnuj jej — polecił Ean. — Gdyby się obudziła...
    — Lepiej, żeby tego nie robiła — mruknęła kobieta pod nosem, ale westchnęła. — Dopilnuję, żeby niczego nie zrobiła.
    Ean pokiwał głową i zwrócił się do Gillena i Sandra.
    — Chodźcie ze mną. Przepraszam, że wyciągam cię stąd w takim stanie, pewnie chciałbyś odpocząć — powiedział do Sandra. — Ale potrzebuję kogoś, w razie gdyby pokazał się ktoś od Dannela.
    — Żaden problem. — Sander uśmiechnął się.
    Gillen zmarszczył brwi. Coś mu tu nie pasowało. Ean zabierał Sandra, żeby zapewnić sobie ochronę w razie ataku? To nie miało sensu — Sander był Magiem Umysłowym, oni nie nadawali się za bardzo do walki. Poza tym, sam Ean też był Magiem Umysłowym. Z pewnością nie potrzebował Sandra do obrony.
    Chyba że sam nie mógł używać magii.
    Myśl ta z jakiegoś powodu zaniepokoiła go, więc czym prędzej wypchnął ją ze swojego umysłu.
    Ean zaprowadził ich z powrotem do zniszczonego mieszkania.
    — Musimy zabrać stąd magiony — powiedział, wskazując na przedmioty leżące na podłodze. — A raczej to, co z nich zostało.
    A zostało z nich niewiele. Większość z nich roztrzaskała się w trakcie walki. Mimo to, Ean kazał im zebrać wszystkie, nawet te najbardziej zniszczone.
    Kończyli już, kiedy na korytarzu rozległ się odgłos kroków. Gillen zamarł, w popłochu zerkając w stronę wyjścia. Jego serce przyspieszyło tempo bicia. Proszę, nie znowu, pomyślał, zaciskając wargi. Nie chciał kolejnej walki.
    Zanim zdążyli zareagować, z korytarza dobiegł znajomy głos:
    — Co do...
    Pod Gillenem niemal ugięły się nogi z ulgi. Steen! A przynajmniej ktoś, kto brzmiał jak on.
    — Co tu się stało? — To faktycznie był Steen. Wszedł do mieszkania, rozglądając się wokół z niepokojem.
    Wyglądał okropnie. Lewą stronę jego twarzy, a także rękę, pokrywało brzydkie oparzenie. To musiało boleć, pomyślał Gillen, krzywiąc się ze współczuciem.
    Gorszy widok stanowiła jednak Erass. Oparzenia zdawały się pokrywać każdy skrawek jej skóry, zaś sama kobieta była nieprzytomna, trzymana na rękach przez Steena. Gillen mógł mieć tylko nadzieję, że żyła. Choć tak naprawdę niezbyt dobrze ją znał, nie życzył jej śmierci. Szczególnie tak bolesnej.
    Za Steenem podążała Rux. Wyglądała najlepiej z całej trójki, ale była wyraźnie przygnębiona. Szła ze spuszczonym wzrokiem, unikając patrzenia na kogokolwiek. Wydawała się taka... bezbronna. Zupełnie jak nie ona. Gillen przypuszczał, że to dlatego, że nie udało im się uratować Garona.
    Sam się prosił o to, co go spotkało, pomyślał chłopak. Gdyby nie zachowywał się jak idiota, wszystko byłoby w porządku. I gdyby Evas go nie porzucił... Ale czy Gillen mógł go za to winić? Sam zapewne nie postąpiłby lepiej. Nie był bohaterem. Nie lubił ryzykować.
    — Zostaliśmy zaatakowani — wyjaśnił Sander. — Ale udało nam się ich pokonać.
    Steen pokiwał głową.
    — Przepraszam — zwrócił się do Eana. — Nie powinienem... — Westchnął. — To był zły pomysł.
    — Owszem, to był zły pomysł. Nawet bardzo zły — odparł Ean chłodnym, ale spokojnym tonem, co zmroziło Gillenowi krew w żyłach. Nienawidził, kiedy Ean się tak zachowywał. Przerażał go. — Chodźmy już stąd.
    Kiedy opuścili mieszkanie i ruszyli w stronę nowej kryjówki, Ean zawahał się i zwrócił do Gillena.
    — Masz jeszcze czystą magię? — Chłopak zaprzeczył. — Pamiętasz ten składzik? — Gillen pokiwał głową. — Weź Sandra, dajcie te magiony Rux i idźcie. Weźcie tyle magii, ile dacie radę, ale bądźcie ostrożni.
    Rozdzielili się. Gillen od razu poczuł się gorzej. Chociaż Sander nadal był z nim, czuł się... osamotniony. Gdyby ktoś ich teraz zaatakował, nie mieliby szans. Lepiej, żeby się pospieszyli.
    — Chodź — rzucił Gillen i przyspieszył kroku. Nagle jednak przypomniał sobie o skręconej kostce Sandra i zwolnił. — Przepraszam — mruknął. — Jak twoja noga?
    — W porządku, nic mi nie będzie. — Sander uśmiechnął się. — Prawie nie boli.
    Gillen zatrzymał się i zawahał. Nie miał ochoty zostawać sam, ale też nie chciał ciągać Sandra za sobą, kiedy nie było to potrzebne.
    — Może poczekasz tutaj i będziesz pilnował, czy nikt nie idzie? — zasugerował, rozglądając się. Ean i reszta już zniknęli. — Ja szybko wezmę czystą magię i...
    Co to było? Przez chwilę nie był pewien, dlaczego przerwał, ale zaraz znowu to poczuł. Coś go wołało, przyciągało do siebie... Chodź do mnie, zdawało się mówić. Nie ciekawi cię, co kryje się za tymi drzwiami? Chodź i zobacz...
    Nagle ustało. Gillen otrząsnął się. Wszystko było w porządku. Dlaczego się martwił? Nie, pomyślał. Nadal coś jest nie tak. Zmarszczył brwi i zerknął na Sandra.
    — To ty? — zapytał.
    Sander pokiwał głową.
    — Teraz tak, ale wcześniej... Nie wiem, co to było.
    Gillena przeszedł dreszcz. On też nie wiedział. I nie chciał się dowiedzieć. Zerknął przelotnie na drzwi, obok których stał i przełknął ślinę. Może faktycznie lepiej się pospieszyć.
    Gillen jednak zawahał się i zerknął na drzwi jeszcze raz. Czy zajrzenie do środka naprawdę byłoby czymś złym? Gdyby tylko rzucił okiem, co kryło się za nimi, tylko zerknął... Z pewnością nic by się nie stało.
    Z tą myślą chłopak otworzył drzwi. 

---------------------------------

Ci z was, którzy liczyli na spokojniejszy rozdział, chyba się nieco rozczarują :D

6 komentarzy:

  1. Może to dziwne, ale śmiać mi się chciało, jak Evas zabijał te kobiety. Robił to zupełnie bez emocji, w ogóle nie myślał o tym, że właśnie pozbawia je życia i to stanowiło totalny kontrast z tym, jak jakiś czas temu zachowywała się np. Anella. Ona była w stanie znienawidzić samą sobie za zabicie drugiego człowieka, a Evas robi to bez mrugnięcia okiem. I podoba mi się to, bo postacie coraz wyraźniej zarysowują różnice w swoich charakterach ;)
    Ciekawa jestem, o co chodzi z tymi drzwiami... Podejrzewam, że to jakaś pułapka, ale nie mam pojęcia, kto ją zastawił.
    Czekam na kolejny i pozdrawiam serdecznie ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Evas nie ma skrupułów, jeśli chodzi o zabijanie, przynajmniej w przypadku osób, których nie zna ;)
      Fakt, on i Anella może i są podobni w niektórych kwestiach, ale jeśli chodzi o podejście do zabijania, chyba bardziej nie mogliby się różnić ;D
      Co do drzwi - hm... Nic nie zdradzę :D

      Dziękuję za komentarz ;)
      Pozdrawiam ;*

      Usuń
  2. Zgadzam się z Red, Evas zabijał te kobiety zupełnie bezosobowo, ba - on to traktował jak zadanie do wykonania, którego nie może zniszczyć. Gdy włączają się u niego emocje, wygląda to zdecydowanie inaczej. PRzeraża mnie, że właściwie tak łatwo mu je wyłączyć - przynajmniej wobec osób innych niz Dannel. I szczerze mówiąc, mi to nie odpowiada. To dość... psychopatyczne.
    drogi Gillenie, nie oglądałeś horrorów, bo w Twoim świecie to niemożliwe. Gdybyś oglądał, to bys tam nie wchodził :D serio, boję się, co tam znajdą. no i nie wiem, czy Anella powinna zostawać sama z Ballą. Coś mnie się zdaje, że B. obudzi się szybciej, niż ktokolwiek by tego chciał, i nie będzie kolorowo :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Evas potrafi zachowywać się jak prawdziwy psychopata :D Zabijanie osób, których właściwie nie zna, nie wzbudza w nim żadnych uczuć. Niby zbyt pozytywną cechą to nie jest, ale przynajmniej chłopak wykonuje swoją robotę :D
      Drzwi niech na razie pozostaną tajemnicą - nie zdradzę, co się za nimi kryje ;)
      Anella nie została sama z Ballą. Została z nimi Ajsia i Lonnie. I nieprzytomna Nemaih. Ale i tak powinny uważać - Balla potrafi być niebezpieczna ;)

      Dziękuję za komentarz :D
      Pozdrawiam :D

      Usuń
  3. No, końcówka mnie zainteresowała. Oczywiście rozdział czytało się fajnie, ale nie mam totalnie pomysłu, co mogę napisać. To aż przerażające... Totalny brak weny...
    W takim razie życzę weny, czasu i sprawnego kompa
    i zapraszam do siebie
    Pozdrawiam
    ROLAKA z http://granica-olimpu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama też często nie wiem, co mogę napisać w komentarzu, także tego... dobrze rozumiem, co czujesz :D

      Dziękuję za komentarz ^^
      Pozdrawiam ;*

      Usuń

Każdy komentarz to dodatkowa motywacja do pisania zatem, jeśli czytasz - skomentuj. Choćby i jednym zdaniem.